Przepychanki wokół odebrania z Niemiec przez Gazprom wyremontowanej turbiny obsługującej gazociąg Nord Stream I nie pozwalają na poważniejsze zniżki notowań gazu w Europie. Ceny holenderskich kontraktów TTF już drugi tydzień z rzędu fluktuują w okolicach 200 euro za MWh, pułapu przekroczonego dotychczas tylko w szczycie paniki z początku marca.

Gazprom odmawia odebrania turbiny, by nadal mieć pretekst do ograniczania dostaw gazu do UE. To pokazuje, że jest zdeterminowany destabilizować rynek przed zimą – przesył Nord Streamem opiewa obecnie na zaledwie 20 proc. jego przepustowości. Europa reaguje oszczędzaniem energii, a zwłaszcza gazu ziemnego, aby gromadzić jego zapasy na sezon grzewczy.

To nie koniec problemów Niemców, bo niski stan wody w Renie utrudnia dostawy węgla do pracujących na nim elektrowni, grożąc ograniczeniem przez nie dostaw energii. Niektóre niemieckie firmy przemysłowe i ciepłownie szykują się nawet do przejścia w awaryjnej sytuacji na opalanie dieslem, którego ze względu na wysokie koszty nie używano do tych celów od lat.

Czytaj więcej

Koncerny będą musiały wstrzymywać pracę przez braki paliwa?

Jednak w cieniu obaw o dalsze ograniczanie dostaw gazu z Rosji pojawiają się także lepsze informacje. Rosną szanse, że do pokrycia niedoborów wystarczą dostawy skroplonego surowca z USA. Zamknięty w czerwcu w związku z pożarem terminal eksportu LNG w teksańskim Freeport otrzymał w ubiegłym tygodniu od regulatora zgodę na powrót na początku października do pracy na niemal pełnych mocach.

To dobra wiadomość, bo początkowo informowano, że będzie to możliwe dopiero w grudniu. Docelowo USA mają potencjał całkowitego zastąpienia Rosji w roli dostawcy gazu do Europy. Tamtejsze wydobycie gazu ziemnego systematycznie bije kolejne rekordy, jednak wąskim gardłem są terminale eksportowe.

Efektem są blisko ośmiokrotne różnice w notowaniach kontraktów na gaz po obu stronach Atlantyku (niewiele niższe niż w Europie są także ceny gazu w Azji). Jednak to wąskie gardło powoli ustępuje, bo w ciągu niespełna trzech lat moce amerykańskich terminali się podwoiły. W ostatnich miesiącach oddano do użytku m.in. nowe moce w położonym nad Zatoką Meksykańską największym w USA terminalu Sabine Pass.

Zza oceanu w tym momencie pochodzi już 47 proc. europejskiego importu LNG. Jak informuje administracja w Waszyngtonie, w pierwszym półroczu 2022 r. amerykański eksport gazu LNG zwiększył się w porównaniu z poprzednimi sześcioma miesiącami o 12 proc. Choć w czerwcu za sprawą awarii terminala we Freeport eksport był o 11 proc. niższy niż średnio od początku roku, to w skali półrocza USA i tak stały się największym eksporterem gazu LNG na świecie, wyprzedzając Katar.

Czytaj więcej

Unijne magazyny gazu szybko się zapełniają. Polskich zbiorników jest za mało

Za sprawą boomu łupkowego produkcja gazu w USA wzrosła od 2006 r. już o 80 proc. Z początku dodatkowe dostawy przeznaczano na produkcję energii na potrzeby krajowe, przez co w 2016 r. gaz ziemny zastąpił za oceanem w roli najpopularniejszego surowca w energetyce węgiel.

Jednak w tym samym roku oddano do użytku pierwszy terminal eksportu LNG. Do tej pory udział eksportu w całkowitej amerykańskiej produkcji gazu ziemnego wzrósł do 16 proc. Choć wygląda to na niewiele, to mowa o ilościach dwukrotnie przekraczających całkowite zużycie gazu w Niemczech. To właśnie ten przełom umożliwia teraz Amerykanom wspieranie swoich europejskich sojuszników w konfrontacji z Rosją, związaną z jej agresją na Ukrainę.

W ostatnich latach amerykańscy producenci gazu mocno odczuli kryzys związany z pandemią – doprowadził on do fali niewypłacalności w branży, skłaniając jej przedstawicieli do ograniczania inwestycji w nowe moce. Jednak i tak tempo zwiększania się nadwyżek surowca za oceanem jest imponujące.

W ubiegłym roku amerykańska produkcja gazu sięgnęła średnio rekordowych 90,4 BCF dziennie, co odpowiadało 23 proc. światowego wydobycia. To oznaczało wynik o 33 proc. wyższy od Rosji oraz o 31 proc. wyższy od całego regionu Bliskiego Wschodu. Jak przewiduje firma doradcza Rystad Energy, kolejne rekordy są tylko kwestią czasu, bo w tym roku amerykańska produkcja błękitnego paliwa przekroczy pułap 100 BCF dziennie.