Rozmowa z szefem Narodowego Centrum Badań Jądrowych

Na świecie powstaje coraz więcej elektrowni jądrowych. W Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z renesansem tej technologii - mówi w rozmowie z "Rz" Grzegorz Wrochna, dyrektor Narodowego Centrum Badań Jądrowych.

Publikacja: 01.04.2013 15:09

Od katastrofy w Fukushimie minęły dwa lata. Co wydarzyło się w tym czasie na świecie?

W Japonii zdecydowano, by nie zamykać elektrowni jądrowych, ale je zmodernizować i uruchomić ponownie. W Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z renesansem jądrowym, bo po dwudziestu latach przerwy wydano pozwolenia na budowę pierwszych nowych elektrowni i kolejnych kilka czeka w kolejce. Rozwój energetyki jądrowej na świecie jest dynamiczny i Fukushima tego nie zmieniła.

W Stanach Zjednoczonych może nie dojść do rewolucji ze względu na istotne zmiany w tamtejszej energetyce, czyli pojawienie się na skalę przemysłową gazu łupkowego i spadku cen energii. Budowa nowych elektrowni może się nie opłacać.

Takie opinie należy zaliczyłbym raczej do kategorii „spekulacje medialne". A rzeczywistość wygląda tak, że po dwóch dekadach braku aktywności w energetyce jądrowej w USA zdecydowano o budowie nowych bloków jądrowych, zaś w listopadzie rząd  przeznaczył prawie pół miliarda dolarów na rozwój nowych technologii reaktorów modułowych.

Czy Pana zdaniem sektor energii nuklearnej dobrze poradził sobie z tym, co wydarzyło się po Fukushimie?

Paradoksalnie, wydarzenia w Japonii miały dobry wpływ na przemysł jądrowy. I to mimo bardzo negatywnego odbioru społecznego, który był kreowany przez przekaz medialny. Obrazami straszliwych zniszczeń spowodowanych przez trzęsienie ziemi i tsunami ilustrowano informacje o uszkodzeniach reaktorów. Ale prawdziwe wnioski z tych wydarzeń są zupełnie inne. Okazało się przecież, że reaktory, które budowano 40 lat temu, wytrzymały straszliwy kataklizm, a nie uległy istotnym awariom. Z 53 reaktorów, które były wówczas aktywne w Japonii, 40 pracowało bez zakłóceń. Reszta się wyłączyła, automatycznie uruchamiając procedury bezpieczeństwa. Poważne problemy pojawiły się tylko w Fukushimie. Ale to również nie były problemy z samymi reaktorami. Zabrakło zasilania z zewnątrz, bo fala tsunami zalała generatory prądu dostarczające energię, a trzęsienie ziemi zerwało linie energetyczne. Reaktor wchodzący w procedurę bezpieczeństwa potrzebuje przez jakiś czas zasilania z zewnątrz, by całkowicie go wychłodzić.

Co w takim razie dokładnie wydarzyło się w Fukushimie?

Reaktory zostały wygaszone, mimo że konstrukcja ich nie została poważnie naruszona. Ale nawet po przerwaniu reakcji łańcuchowej w reaktorze pozostaje dużo promieniotwórczego materiału,  który przez kolejne godziny wydziela ciepło. Mówimy o dużych ilościach, skali kilku megawatów. A to wszystko zamknięte w hermetycznym zbiorniku, który nagrzał się od wewnątrz do ponad tysiąca stopni. Rdzeń reaktora zaczął się topić, a osłaniający paliwo jądrowe cyrkon wszedł w reakcję chemiczną z parą wodą.  Wytworzył się wodór, który wymieszany z tlenem w powietrzu tworzy mieszankę wybuchową. I ta chemiczna eksplozja była źródłem wszystkich nieszczęść.

Podsumujmy – zginęło trzech pracowników elektrowni. Dwóch zmiotła fala tsunami, jednego przygniotła suwnica, która przewróciła się na skutek trzęsienia ziemi. Nikt nie ucierpiał na zdrowiu wskutek promieniowania. Dawki, jakie otrzymała okoliczna ludność nie przekroczyły takich jakie występują naturalnie w niektórych zamieszkałych rejonach świata.

Ale fakty, o których Pan mówi, nie są znane szerokiej opinii publicznej.

Mam tego świadomość. Tymczasem jeżeli popatrzymy na sytuację globalną, to w ciągu ostatnich dwóch lat uruchomiono więcej reaktorów jądrowych, niż trwale wyłączono. Obecnie na świecie pracuje ponad 400 reaktorów, a 60 kolejnych jest w budowie. Tylko kilka krajów zawiesiło dalszy rozwój energetyki jądrowej. W Japonii było dużo zamieszania na początku, ale skończyło się na decyzji o udoskonalaniu reaktorów, by je z powrotem uruchamiać. Jedynym krajem, który zdecydował o likwidacji w niedługim czasie wszystkich działających reaktorów są Niemcy i to nie z obawy przed trzęsieniem ziemi czy tsunami.

A jakie pana zdaniem czynniki stoją za niemiecką decyzją o odejściu od energetyki jądrowej?

Przede wszystkim warto sobie uświadomić, że decyzja o wyłączeniu reaktorów w Niemczech zapadła nie dwa lata temu, ale już w roku 2002. Od tamtej pory w zależności od układu sił politycznych decyzja ta była zawieszana, wprowadzano moratorium, ale problem ciągle powracał.

Rynki energetyczne wielu państw świata funkcjonują na zasadzie konkurencji firm reprezentujących różne technologie produkcji energii. W Niemczech szczególnie silna jest walka między atomem a gazem. Musimy bowiem pamiętać, że farmy wiatrowe, o których w Niemczech mówi się jako o technologii mającej zastąpić elektrownie jądrowe, pracują przeciętnie tylko przez 20 proc. czasu. I nie jest tak, że wystarczy zbudować wiatraki o łącznej mocy stanowiącej pięciokrotność wyłączanych reaktorów. Wiatr wieje w całych Niemczech jednocześnie, albo nie ma go w ogóle. W związku z tym przez 80 proc. czasu trzeba brać energię z innych źródeł. A źródłami, które można najszybciej włączać i wyłączać są elektrownie gazowe. Stąd wynika, że  jeżeli planuje się budowę 10 GW mocy w elektrowniach wiatrowych, to faktycznie do dyspozycji będą średnio 2 GW, a pozostałe 8 trzeba będzie dostarczyć z elektrowni gazowych. W związku z tym stwierdzenie władz Niemiec „energetykę jądrową zastępujemy wiatrową" trzeba czytać, że znacząco wzrośnie przede wszystkim wykorzystanie gazu. Decyzja Niemiec zapadła oficjalnie pod koniec maja 2011 r., ale była przygotowywana dużo wcześniej.

Jednak podjęto ją półtora miesiąca po wydarzeniach w Japonii...

Tak. I trzy tygodnie po położeniu pierwszej nitki gazociągu NordStream. Ma on taką przepustowość, że nie byłby opłacalny, gdyby Niemcy dalej rozwijały energetykę jądrową. To prosty rachunek ekonomiczny.

Czy znamy cenę, po której będziemy mogli kupić energię z pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce? Jakie stawki obowiązują na świecie?

Wystarczy spojrzeć na rynek francuski, gdzie 77 proc. energii powstaje w elektrowniach jądrowych i ceny są o 30 proc. niższe niż u nas w kraju. Za to w Niemczech, gdzie promuje się energetykę odnawialną kosztem nuklearnej, następuje wzrost cen i już 800 tys. gospodarstw domowych ma kłopoty z opłatami za elektryczność. Fakty mówią same za siebie.

Dużo w ostatnim czasie mówi się u nas o finansowaniu energetyki jądrowej. Czy Pana zdaniem Polska powinna więcej środków przeznaczać na badania i rozwój w tej dziedzinie i na kształcenie kadr?

Sama inwestycja w budowę elektrowni musi mieć charakter czysto komercyjny, bez finansowego wkładu państwa. Opinię publiczną obiegło ostatnio wiele sprzecznych informacji, jak na przykład to, że inwestor domaga się pieniędzy z budżetu. To nie tak.  PGE oczekuje tylko stabilnych warunków rynkowych realizacji inwestycji i gwaracji, że państwo nie wycofa się z raz podjętych decyzji. Nie ma mowy o wsparciu finansowym ze strony państwa. Byłaby to niedozwolona pomoc publiczna, którą z pewnością zablokowałaby Bruksela.

Jednocześnie wytyczne Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej mówią, że państwo powinno zapewnić fundusze na zorganizowanie infrastruktury bezpieczeństwa. Składa się na to prawo atomowe, dozór jądrowy i zaplecze badawczo-techniczne, wykonujące analizy, pomiary itp. Ale proszę zauważyć, że zapewnić to nie to samo, co w całości je sfinansować. W Wielkiej Brytanii państwowy nadzór przeprowadził rozległe analizy dostępnych technologii jądrowych, nie wydając na to ani funta. Pieniądze przynieśli dostawcy technologii, którzy chcąc myśleć o obecności na brytyjskim rynku, musieli wykupić swego rodzaju bilet. Szkoda, że w Polsce nie zastosowano analogicznego rozwiązania.

Oczywiście pewne pieniądze państwowe na przygotowanie dozoru wraz z zapleczem są potrzebne, ale to znikome kwoty w porównaniu z kosztem przyszłej inwestycji i z przyszłymi zyskami.

Przegląd dostępnych technologii to coś, o czym u nas się mówi, ale niewiele się dzieje. Czy Pan jako ekspert jest zaangażowany w krajowe badania w tej dziedzinie?

Według prawa atomowego o dopuszczeniu konkretnej technologii decyduje prezes Państwowej Agencji Atomistyki. Ma on jednak inną wizję, niż wspomniany już dozór brytyjski. Według niego, technologia powinna zostać zbadana dopiero wtedy, gdy inwestor dokona wyboru i złoży wniosek o pozwolenie na budowę. Moim zdaniem nie jest to dobry pomysł, dlatego że już po wyłonieniu przez inwestora jednego z dostawców, dozór jądrowy może zażądać zmian technicznych, które sprawią, że koszt oferty wybranej w przetargu wzrośnie.

Przykładem może być jedna z technologii, w której dostawca zaprojektował cztery niezależne systemy sterowania, ale wszystkie z nich były systemami cyfrowymi. A dozór brytyjski zażyczył sobie, by dla pełnego bezpieczeństwa jeden z systemów był analogowy. Trzeba było go specjalnie zaprojektować.

Gdzie zatem widzi Pan w tym wszystkim rolę państwa?

Często spotykam się z dwoma skrajnymi poglądami, z których żaden nie jest do końca słuszny. Jeden z nich mówi, że cały projekt budowy elektrowni jądrowej to odpowiedzialność leżąca wyłącznie po stronie inwestora, a państwo powinno stać z boku, ewentualnie tylko kontrolować. Przeciwny pogląd głosi, że skoro projekt jest tak duży, to państwo powinno mieć w nim decydującą rolę, nawet w zorganizowaniu finansowania. Prawda, jak zwykle leży po środku. Wybór technologii, zbadanie lokalizacji, finansowanie inwestycji to zadania inwestora. Państwo natomiast powinno stworzyć infrastrukturę do zapewnienia bezpieczeństwa jądrowego oraz zagwarantować stabilne warunki realizacji inwestycji.

Czy Pan, jako naukowiec, nie obawia się, że o wszystkim przesądzą wyłącznie pieniądze?

To zupełnie normalne, że mamy tu do czynienia z kryteriami opłacalności ekonomicznej, oczywiście po spełnieniu zasady „bezpieczeństwo przede wszystkim". Ale bardzo istotne są również aspekty ochrony środowiska, bezpieczeństwa energetycznego. Tu nie ma miejsca na eksperymenty. Jednocześnie jednak powinniśmy myśleć o dalszej przyszłości i już dziś prowadzić badania i projektować reaktory nowych generacji.

Dziękuję za rozmowę.

Od katastrofy w Fukushimie minęły dwa lata. Co wydarzyło się w tym czasie na świecie?

W Japonii zdecydowano, by nie zamykać elektrowni jądrowych, ale je zmodernizować i uruchomić ponownie. W Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z renesansem jądrowym, bo po dwudziestu latach przerwy wydano pozwolenia na budowę pierwszych nowych elektrowni i kolejnych kilka czeka w kolejce. Rozwój energetyki jądrowej na świecie jest dynamiczny i Fukushima tego nie zmieniła.

Pozostało 96% artykułu
Energetyka
Energetyka trafia w ręce PSL, zaś były prezes URE może doradzać premierowi
Energetyka
Przyszły rząd odkrywa karty w energetyce
Energetyka
Dziennikarz „Rzeczpospolitej” i „Parkietu” najlepszym dziennikarzem w branży energetycznej
Energetyka
Niemieckie domy czeka rewolucja. Rząd w Berlinie decyduje się na radykalny zakaz
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie
Energetyka
Famur o próbie wrogiego przejęcia: Rosyjska firma skazana na straty, kazachska nie
Materiał Promocyjny
Problem sukcesji w polskich firmach będzie narastał