Polska zbuduje elektrownie atomowe. Ale kto tam będzie pracował?

Co innego polityczne decyzje o uruchomieniu budżetów i wyborze wykonawcy, a co innego - wieloletnie przygotowania, obejmujące przede wszystkim znalezienie lub wyszkolenie specjalistów, którzy będą tych elektrowni doglądać.

Publikacja: 25.12.2022 15:06

Reaktor jądrowy

Reaktor jądrowy

Foto: Bloomberg

Przeszło trzydzieści projektów nowych elektrowni atomowych, plus wydłużenie pracy działających instalacji - jak w Niemczech czy Japonii - oraz potencjalne wznowienie pracy w wyłączonych jednostkach - energetyka atomowa nigdy chyba nie rozwijała się na świecie z takim impetem. Ale w tym wielkim powrocie do atomu przynajmniej jeden czynnik wydaje się być lekceważony - przez ostatnich kilka dekad ta branża się zwijała. A to oznacza, że ubywało specjalistów: starsze pokolenia stopniowo przechodzą na emeryturę, podczas gdy strumień świeżo wykształconych technologów stopniowo topnieje.

Na pochyłej

Proces zaniku kadr w energetyce jądrowej nie zaczął się w tym roku. Zjawisko zauważyła już w 2004 r. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, której eksperci opisali starzejącą się generację technologów nuklearnych w raporcie "The nuclear power industry's ageing workforce: Transfer of knowledge to the next generation". Dokument ten nie miał jednak szczególnie alarmistycznego tonu - był raczej adresowanym do branży napomnieniem, że czas zadbać o to, by kompetencje i wiedza pionierów energetyki nuklearnej były skrzętnie przekazywane ich następcom.

Czytaj więcej

Przełom w pracach nad fuzją termojądrową?

To, o czym analitycy MAEA nie wspomnieli - lub jeszcze o tym nie wiedzieli - to fakt, że wielkimi krokami nadciąga kadrowy kryzys w branży. Już pięć lat później amerykańscy eksperci z branży atomowej z dużym zaniepokojeniem stwierdzili, że studia w zakresie energetyki nuklearnej - na wszystkich uczelniach, które oferowały ten kierunek - ukończyło zaledwie 715 osób. Tymczasem po kolejnych kilku latach amerykański Nuclear Energy Institute obliczył, że 25 proc. zatrudnionych w tej branży w USA - zatem blisko 25-tysięczna rzesza specjalistów - kwalifikuje się do przejścia na emeryturę do 2016 r. Ten radykalny spadek dopływu świeżej krwi do branży pociągnął za sobą jeszcze jedno zjawisko: w 2010 r. tylko 32 uniwersytety w USA oferowały kształcenie w obszarze energetyki jądrowej (spadek z 77 w 1975 r.).

Przyczyn tej mizerii można by się doszukiwać w wielu czynnikach. Awarie elektrowni Three Mile Island w USA, a potem Czarnobyl i wreszcie - Fukuszima - wywołały w społeczeństwach zachodnich duże obawy przed energetyką nuklearną w ogóle. Wiele projektów atomowych - zwłaszcza w USA, gdzie na rynku dominują projekty komercyjne, przeciągające się harmonogramy budowy i rosnące kosztorysy zniechęcały inwestorów. Wyobraźnią energetyków rządziły raczej ropa, gaz z łupków czy - w ostatnich latach - odnawialne źródła energii niż atom. Powodów, by wybrać inną ścieżkę zawodową niż energetyka jądrowa nie brakowało.

Wielotysięczny rynek, wielotysięczny deficyt

Tyle że w ostatnich latach stopniowo trend zaczął się odwracać. Kulejąca branża nuklearna dostrzegła w walce ze zmianami klimatycznymi szansę na drugie życie - choćby ze względu na to, że gdyby pominąć kwestię składowania odpadów radioaktywnych, reaktory są bezemisyjnym źródłem energii, co potwierdziła zresztą unijna taksonomia. Swoje może dołożyć dziś jeszcze raczkująca, ale budząca wielkie nadzieje branża małych reaktorów modułowych (SMR). Blednie też wspomnienie katastrofy w Fukuszimie, które wyraziście odbiło się ponad dekadę temu na polityce energetycznej Niemiec i Japonii w szczególności. A po ataku Rosji na Ukrainę w lutym, energetyka nuklearna w pełni wróciła do łask.

Czytaj więcej

Niemcy zablokują Polski atom? „W praktyce nie ma takich możliwości”

I niemal natychmiast stanęła w obliczu opustoszałego rynku pracy. A potrzeby są ogromne. Jak obliczyli we wspólnym raporcie "Measuring Employment Generated By The Nuclear Power Sector" analitycy Agencji Energii Nuklearnej OECD (NEA) oraz Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, przy budowie pojedynczego reaktora o mocy 1000 MW zatrudnionych jest średnio około 1200 wykwalifikowanych techników. Kolejnych 600 osób odpowiada za bieżące działanie, utrzymywanie i konserwację oraz sprawy administracyjne (według innych szacunków pojedynczy reaktor wymaga zatrudnienia od 500 do 800 osób) - i mówimy tu o 50-letnim cyklu życia reaktora, zatem ta grupa ulegnie przynajmniej jednej zmianie pokoleniowej. I wreszcie proces wyłączania reaktora u schyłku jego działania: to kolejne 10 lat, gdy instalacji dogląda około 500 pracowników. No i post scriptum - jakieś 40 lat na zarządzanie odpadami radioaktywnymi, do czego potrzeba około 80 pracowników.

Gdybyśmy teraz przełożyli to na trzydzieści projektów, jakie ogłoszono w ostatnich latach - a przede wszystkim miesiącach - oznaczałoby to otwarcie się rynku co najmniej dla kilkudziesięciu tysięcy osób (w przypadku polskiego projektu atomowego mowa w końcu o sześciu reaktorach w dwóch elektrowniach plus minimum jeden reaktor w Pątnowie w ramach polsko-koreańskiego konsorcjum, do czego należy dodać co najmniej kilka osobnych projektów dotyczących SMR). A skoro już dziś trudno jest znaleźć pracowników do istniejących instalacji, to można zakładać, że deficyt pracowników będzie się tylko pogłębiał.

W branży panują mieszane uczucia. Szef American Nuclear Society, Craig Piercy, ubolewał niedawno na swoim blogu, że presja na sektor nuklearny rośnie, tymczasem potencjalny wzrost sektora stoi pod znakiem zapytania - właśnie ze względu na brak rąk do pracy. - Wraz z działaniami społeczności międzynarodowej, by zatrzymać gwałtownie postępujące zmiany klimatyczne, rośnie zainteresowanie sektorem czystej energii, zwłaszcza wśród ludzi młodszych - kontrowała jednak w rozmowie z dziennikarzem Agencji Reuters Diana Hughes, wiceszefowa komunikacji firmy NuScale, odpowiadającej za najbardziej zaawansowany obecnie projekt SMR. - Nowe programy kształcenia skutkują powstaniem nowej generacji naukowców, inżynierów i operatorów, których umiejętności mogą się okazać kluczowe dla globalnej transformacji energetycznej - dodawała.

Czytaj więcej

Budowa elektrowni atomowej w Polsce. Jest umowa z zasadami współpracy

Nie mamy się czego wstydzić

- Uściślijmy: elektrownia jądrowa różni się od konwencjonalnej tylko tym, czym podgrzewany jest kocioł - mówi nam Urszula Kuczyńska, ekspertka Instytutu Sobieskiego specjalizująca się w energetyce atomowej. - Więc nie wszyscy specjaliści zatrudnieni w elektrowni nuklearnej to specjaliści w tym konkretnym zakresie. Ekipa obsługująca reaktor to stosunkowo wąska grupa, reszta personelu musi posiadać kwalifikacje do utrzymania ruchu w standardowych instalacjach energetycznych - uspokaja nasza rozmówczyni.

To jednak nie oznacza, że możemy alarmistyczne wyliczenia globalnych ośrodków energetyki jądrowej skwitować wzruszeniem ramion. Personel będzie nam potrzebny, a polskie uczelnie - od momentu, gdy upadł projekt elektrowni w Żarnowcu - traktowały ten kierunek z coraz większą obojętnością, tym bardziej, że po prostu brakowało chętnych. Zgodnie z deklaracjami ministra edukacji, Przemysława Czarnka, stosowne studia mają ponownie ruszyć - na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, czy Politechnice Wrocławskiej.

Czy jednak za sterami elektrowni usiądą absolwenci tych studiów? Tego nie wiemy. Instytucje międzynarodowe, jak IAEA, oraz Polska Agencja Atomistyki stawiają konkretne wymogi dotyczące kwalifikacji i stażu personelu bezpośrednio obsługującego instalacje atomowe. Operatorzy reaktora to grupa wąska, przez lata podlegająca ścisłemu monitorowaniu, a w przypadku kontraktów takich, jak zawarte przez Polskę i naszych rodzimych graczy - za zapewnienie odpowiedniego personelu i wyszkolenie go na instalacjach takich, jak te, które staną w Polsce, odpowiadać będą zapewne nasi kontrahenci (Amerykanie w Choczewie i Koreańczycy w Pątnowie).

Programy zapowiadane na polskich uczelniach to - zdaniem Kuczyńskiej - przede wszystkim tchnienie nowego życia w polską energetykę w ogóle. - Nasza flota w energetyce w ogóle się starzeje. I tak jak potrzebujemy nowych obiektów, tak potrzebujemy też odnowienia kadr technicznych - podkreśla ekspertka.

Zdaniem Kuczyńskiej, w Polsce istnieje już pewien system szkolenia i rekrutacji chętnych do pracy w energetyce jądrowej - choćby za sprawą reaktorów badawczych, jakie funkcjonują na polskim terytorium. Oczywiście, operator reaktora badawczego nie przesiądzie się z dnia na dzień za stery elektrowni, ale same mechanizmy rekrutacji chętnych istnieją. A absolwent studiów jest absolwentem tylko do momentu, kiedy nie zacznie zdobywać doświadczenia. - To kwestia poszerzenia tego strumienia chętnych, włączenia mechanizmów rekrutacji i weryfikacji. Mamy bardzo dobrze przygotowaną kadrę inżynierską, edukacji w tym zakresie nie mamy się co wstydzić - zapewnia ekspertka Instytutu Sobieskiego.

Pytanie tylko, czy w dobie globalnego polowania na specjalistów z tej branży uda nam się zatrzymać ekspertów w Polsce. Ale jak atrakcyjne warunki są w umowach o pracę operatorów reaktorów, pewnie długo się jeszcze nie dowiemy.

Przeszło trzydzieści projektów nowych elektrowni atomowych, plus wydłużenie pracy działających instalacji - jak w Niemczech czy Japonii - oraz potencjalne wznowienie pracy w wyłączonych jednostkach - energetyka atomowa nigdy chyba nie rozwijała się na świecie z takim impetem. Ale w tym wielkim powrocie do atomu przynajmniej jeden czynnik wydaje się być lekceważony - przez ostatnich kilka dekad ta branża się zwijała. A to oznacza, że ubywało specjalistów: starsze pokolenia stopniowo przechodzą na emeryturę, podczas gdy strumień świeżo wykształconych technologów stopniowo topnieje.

Pozostało 94% artykułu
Energianews
Achillesowa pięta systemu dostaw ropy w ogniu. Czy szykuje się kolejny konflikt?
Energianews
Saudyjczycy chcą po cichu podkręcać na świecie popyt na ropę i paliwa kopalne
Energianews
Niemożliwe staje się faktem. Hiszpanie już w tym roku pobiją energetyczny rekord
Energianews
W energetyce kiełkuje zielona rewolucja. Rynek pracy zmieni się nie do poznania
Energianews
Paweł Ruszkowski: Nowy gracz w polskiej energetyce