Zdaniem wielu polityków byłby to najskuteczniejszy sposób na przekonanie Władimira Putina do złagodzenia stanowiska wobec Ukrainy. W połowie notowań czwartkowych ropa Brent w kontraktach trzymiesięcznych kosztowała 107,50 dol. za baryłkę.
Amerykańskie strategiczne rezerwy ropy naftowej wynoszą obecnie 696 mln baryłek, czyli są dwukrotnie większe, niż wymagają przepisy. Zdaniem Philipa Verlegera, konsultanta z branży naftowej, który pracował z administracją Geralda Forda i Jimmy'ego Cartera, wyprzedaż tylko po 500 tys. baryłek dziennie kosztowałaby Rosjan ok. 40 mld dol. utraconych wpływów z eksportu ropy i gazu (czyli ok. 2 proc. PKB Rosji).
Amerykański minister ds. energii Ernest Moniz odrzuca jednak możliwość zastosowania takiego mechanizmu. Ale coraz częściej pojawiają się opinie, że Amerykanie powinni wykorzystać obecną sytuację do przekształcenia USA w energetyczną potęgę. Na razie dzięki podaży taniej ropy i gazu z łupków rośnie konkurencyjność amerykańskiej gospodarki.
Faktem jest jednak, że lwia część gazu i ropy z łupków jest bardzo trudna do przetransportowania, ponieważ złoża znajdują się wewnątrz kraju, a system gazociągów i ropociągów do ich transportu dopiero powstaje. Dlatego różnica między gatunkiem WTI notowanym na giełdzie w Nowym Jorku a gatunkiem Brent wynosi dziś ok. 5 dol. przy cenie za WTI 102,68 dol.
Dla Amerykanów, którzy nadal mają traumę kryzysu energetycznego, jaki przeżyli w 1970 r., kiedy kraje arabskie wstrzymały dostawy ropy dla krajów zachodnich, opcja sprzedaży części zapasów byłaby łatwiejsza do przełknięcia niż decyzja o eksporcie ropy i gazu. Przede wszystkim dlatego, że magazynowanie tak gigantycznych ilości surowca jest niezwykle kosztowne. – Mamy mnóstwo ropy naftowej i jej nie potrzebujemy. Część zapasów możemy sprzedać nawet dzisiaj, by w ten sposób wywrzeć presję na Rosjan – mówi cytowany przez Bloomberga analityk rynku energetycznego Philip Verleger, prezes PKVerleger LLC.
Zapasy amerykańskiej ropy są gromadzone od 1975 r. na wypadek zawirowań na światowych rynkach. Ale władze bardzo niechętnie z nich korzystają w celu wpływania na ceny. Nie zdecydowały się na to w 2008 r., kiedy notowania przekroczyły 147 dol. za baryłkę Brenta i dusiły gospodarkę USA. Zdecydowano się jednak ich użyć trzy lata później, gdy na rynek popłynęło 30 mln baryłek podczas rewolucji w Libii.
Większość krajów, które na to stać, magazynuje ropę wystarczającą na pokrycie 90-dniowego popytu. Zapasy USA wystarczają na 200 dni. Waszyngton miękko zapowiada, że jest gotowy na testową sprzedaż 5 mln baryłek, aby sprawdzić, czy systemy dystrybucji działają prawidłowo. Nie jest więc wykluczone, że obecna dziwnie niska jak na ukraińsko-rosyjski konflikt i związane z nim obawy cena to efekt amerykańskich zapowiedzi albo wręcz trwającej wyprzedaży.