Chodzi o pochodzące z naszych kieszeni opłaty (uiszczane w ramach rachunków za prąd) nie tylko za samą energię, ale też za gotowość do jej wytworzenia. Gra idzie o 26,9 mld zł, które w ciągu dekady pójdą na wsparcie budowy nowych mocy lub modernizację istniejących. Wybory w tym zakresie nie są bez znaczenia.

Andrzej Kassenberg z Instytutu na rzecz Ekorozwoju uważa, że będą one miały długoterminowy wpływ na strukturę wytwarzania energii w Polsce. Według eksperta rynek mocy oparty na dużych, scentralizowanych blokach węglowych – takich jak te budowane w Kozienicach, Opolu i Jaworznie – przy jednoczesnym modernizowaniu starych bloków będzie najgorszym rozwiązaniem w kontekście emisyjności polskiej elektroenergetyki do 2035 r.

Instytut, badając proponowane w projekcie ustawy o rynku mocy rozwiązania, analizuje sześć scenariuszy, wykazując wpływ takiego wsparcia na emisyjność gospodarki Polski. Przedstawione wyliczenia mogą być istotne także z punktu widzenia konstruowania przez Ministerstwo Energii długofalowego miksu energetycznego kraju. Mamy go zobaczyć do końca roku. Już teraz przedstawiciele resortu coraz cieplej mówią o atomie. Dzięki niemu średnia emisyjność naszej gospodarki zmniejszyłaby się. Resort chciałby tym próbować zmiękczyć stanowisko UE – chodzi o to, by limit 550 kg CO2/MWh przyjęty jako granica maksymalną, przy której można wspierać źródło energetyczne, przyjmować nie dla pojedynczego bloku, lecz dla całego systemu.

Z analizy instytutu wynika, że najbardziej korzystnymi rozwiązaniami z punktu widzenia ograniczenia emisji CO2 są te zakładające budowę zdecentralizowanych źródeł odnawialnych (wiatrowych i słonecznych) przy zapewnieniu pracy w podstawie przez zmodernizowane bloki klasy 200 MW oraz elektrociepłowni na biomasę. W tym wariancie średnia emisyjność naszego systemu spadłaby z poziomu ok. 813 kg CO2/MWh w 2015 r. do ok. 415 kg CO2/MWh w 2035 r. Taki sam efekt osiągnęlibyśmy, stawiając na rozbudowę połączeń transgranicznych przy umiarkowanym rozwoju własnego OZE i po modernizacji bloków 200 MW (import obok mechanizmów zarządzania popytem byłby głównym źródłem mocy szczytowych).

Jako najmniej korzystne instytut wskazuje warianty w ramach scenariusza scentralizowanego „węglowego” i „jądrowego”. W przypadku pierwszego priorytet dla czarnego paliwa widać byłoby nie tylko w decyzjach o budowie dużych bloków na 1000 MW, ale też modernizacji jednostek na 200 MW, które mają zapewniać energię w szczycie i stanowić rezerwę (obok bloków kogeneracyjnych na gaz i węgiel). Efekt to redukcja średniej emisji systemu do zaledwie 642 kg CO2/MWh w 2035 roku. Do 397 kg CO2/MWh spadłyby zaś emisje w przypadku budowy atomu na początku lat 30. Przy czym redukcja do wskazanego poziomu nastąpiłaby dopiero pod koniec badanego okresu. Natomiast przez całą trzecią dekadę wysoka emisyjność utrzymywałaby się. Znaczenie węgla kamiennego w tym czasie byłoby podtrzymywane przez konsekwentną modernizację istniejących bloków klasy 200 MW – jako technologii pomostowej do rozwoju energetyki jądrowej.

Instytut wskazuje na konieczność decentralizacji systemu przy wykorzystaniu technologii informatycznych i automatyzacji oraz odpowiedniej regulacji prawnej. Te czynniki miałyby pobudzić aktywność prosumentów, czyli osób chcących produkować prąd na własny użytek. Mogliby oni mieć swój udział w bilansowaniu systemu zarówno przez wytwarzanie, jak i ograniczanie poboru w synergii z innymi procesami, jak elektromobilność, ogrzewanie czy też zagospodarowanie odpadów.