Koncern Naftogaz poinformował, że nie przyjmował surowca w punktach odbioru gazu znajdujących się na granicy z Rosją w regionie donieckim i ługańskim – kontrolowanych przez prorosyjskich separatystów. W związku z tym nie zapłaci 670 mln dol., których żąda Gazprom za okres od lutego 2015 r. do kwietnia 2016 r.

„Naftogaz Ukrainy nie kupuje gazu w Gazpromie od 25 listopada 2015 r. Do tego momentu importowaliśmy gaz wyłącznie przez punkty wejścia na kontrolowanym przez siebie terytorium Ukrainy. Wszystkie otrzymane tą drogą ilości gazu zostały uwzględnione przez obie strony i zapłacone przez Naftogaz” – głosi komunikat koncernu ukraińskiego.

Pozostałe sporne kwestie między Naftogazem i Gazpromem trafiły do arbitrażu w Sztokholmie i czekają na rozstrzygnięcie – przypomina strona ukraińska.

Gazowe koncerny walczą przed sztokholmskim trybunałem arbitrażowym od czerwca 2014 r. Wtedy oba złożyły wzajemne pozwy. Gazprom domagał się zwrotu długów z procentami za dostawy nieopłacone z końca 2013 r. i okresu kwiecień–maj 2014 r.

Naftogaz chciał zmiany ceny z datą wsteczną i odzyskania wszystkich przedpłat uiszczonych od maja 2011 r. (ich wartość szacowano na co najmniej 6 mld dol.). Domaga się też sądowej zmiany punktu w kontrakcie z Rosjanami, który zakazuje reeksportu zakupionego w Gazpromie paliwa.

W tym roku jako pierwszy roszczenia podniósł Gazprom, domagając się 31,8 mld dol. Naftogaz podniósł swoje do 30 mld dol. m.in. za niewywiązywanie się Rosjan z umowy na tranzyt gazu przez Ukrainę (Gazprom przesyła o blisko połowę mniej gazu, niż w niej zapisano).

Prezes Gazpromu Aleksiej Miller nie neguje, że koncern dostarcza gaz w ogarnięte wojną domową regiony. Rosjanie tłumaczą to troską o tamtejszych mieszkańców. Proponowali, by odbiorcą była jakaś inna (poza Naftogazem) ukraińska firma handlująca gazem. Ale odpowiedzi Kijowa się nie doczekali.