Każda zgoda ma cenę

Zakaz poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego i zgoda na przebieg South Streamu to koszty tańszego gazu z Rosji.

Publikacja: 14.01.2013 01:39

Polska widzi swoją szansę w łupkach. Na zdjęciu odwiert firmy Orlen Upstream w Syczynie. Tymczasem B

Polska widzi swoją szansę w łupkach. Na zdjęciu odwiert firmy Orlen Upstream w Syczynie. Tymczasem Bułgaria dołączyła do koalicji antyłupkowej

Foto: Dziennik Wschodni, Dor Dorota Awiorko-Klimek

Gazociąg Południowy (South Stream), który ma być alternatywą dla unijnego projektu Nabucco przesyłającego kaspijski gaz z Turcji do Austrii przez Rumunię, Bułgarię i Węgry, ma docelowo transportować rocznie 63 mln m sześc. rosyjskiego gazu. Na terytorium Bułgarii wynurzy się z Morza Czarnego w okolicach Warny, przebiegnie przez Bałkany i Węgry oraz terytorium Słowenii. Na końcu rury znajdują się Włochy.

Komisja Europejska wzięła rosyjski projekt pod lupę. Na początku grudnia rozpoczęła dochodzenie, które ma wyjaśnić, czy bułgarskie firmy i Gazprom nie naruszają zasad konkurencji.

Paliwo rosyjskie albo... rosyjskie

Budowa Gazociągu Południowego to wspólny projekt z 2009 r. Władimira Putina i ówczesnego premiera Włoch Silvia Berlusconiego.

Putin, który był wtedy premierem Rosji, po dwóch kadencjach prezydenckich publicznie naciskał na premiera Bułgarii Bojko Borysowa, aby Bułgaria przystąpiła do tego projektu, który miał jeden główny cen – jeszcze bardziej uzależnić Europę od rosyjskiego gazu.

– Gazprom straszył nas wtedy, że gazociąg ukraiński, którym Bułgaria otrzymuje gaz z Rosji, będzie tracił na ważności i tak naprawdę pewne dostawy gazu mogą pochodzić jedynie z South Streamu – mówi Petar Dimitrow, członek opozycyjnej Partii Socjalistycznej.

– W każdym razie dywersyfikacja miała polegać na tym, że rosyjski gaz otrzymamy albo z południa, albo ze wschodu – dodaje Dymitrow cytowany przez agencję Novinite.

Powiązane ropa i gaz

Ostatecznie umowa między Bułgarami i Gazpromem została podpisana 19 listopada przez premiera Bojko Borysowa i prezesa Gazpromu Aleksieja Millera. Dwa miesiące wcześniej Bułgarzy sprawili Rosjanom prezent – zakazali poszukiwania i wydobywania gazu łupkowego w ich kraju, a koncerny, które otrzymały wcześniej koncesje, musiały je zwrócić.

Rachunki bułgarskich gospodarstw domowych – jak zapewniają władze – powinny spaść w tym roku o 7–8 proc.

O ile tak naprawdę spadną ceny gazu dostarczanego Bułgarii – nie wiadomo. Kiedy w marcu sprawa bułgarskiej zgody nie była taka pewna, Gazprom obniżył ceny gazu dla tego kraju o 11 proc. Potem, kiedy w listopadzie podpisano umowę o South Stream – o 20 proc.

Teraz nie sposób ustalić, o ile tak naprawdę stanieje rosyjski gaz dla Bułgarii. Najczęściej mówi się, że będzie kosztował tyle co w dostawach dla Niemców, czyli niewiele ponad 400 dol. za 1000 m sześc.

Dla porównania, Polska po zaskarżeniu Gazpromu do arbitrażu w Sztokholmie i negocjacjach Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa płaci – jak ujawnił minister Skarbu Państwa Mikołaj Budzanowski – 460–490 dol. za 1000 m sześc.

Przy tym nawet Bułgarom, tak jak i innym krajom Europy Wschodniej, podczas targów o warunki, na jakich przez ich terytorium przebiegnie rurociąg South Stream, nie udało się odejść od tego uzależnienia, które powoduje, że ceny, po jakich kupujemy rosyjski gaz, są znacznie wyższe od rynkowych notowań tego surowca.

Wszystko ma swoją cenę

Bułgaria najdłużej opierała się rosyjskim planom budowy gazociągu alternatywnego dla unijnego Nabucco i długo była chwalona w Brukseli za twardą postawę. Do wiosny ubiegłego roku wszystko wskazywało na to, że pokrzyżuje Rosjanom plany.

Dwa lata temu wicepremier i minister finansów tego kraju Symeon Djankow zapytany przez „Rz" o to, czy Bułgarzy rzeczywiście są w stanie pokrzyżować plany Gazpromu opasania Europy jego rurociągami, odpowiedział: – Wszystko ma swoją cenę. Jeśli [oferta] będzie odpowiednio wysoka, możemy zmienić zdanie.

Jeszcze na wiosnę ubiegłego roku Bułgarzy twierdzili, że nie ma szans, aby Gazociąg Południowy przebiegał przez ich terytorium. W czerwcu okazało się, że w dokumentach, jakie mają być podpisane, jest wiele niepewności; w szczególności nie odpowiadała im rosyjska presja na obniżenie bułgarskich stawek tranzytowych.

W efekcie Gazprom został zmuszony do pokrycia całości kosztów budowy gazociągu na terenie Bułgarii, które dzisiaj są szacowane na 3,3 mld euro.

Bułgarzy zastrzegli przy tym, że takich pieniędzy nie mają, więc Gazprom pożyczy je swojemu bułgarskiemu partnerowi Bulgarian Energy Holding (BEH), a pieniądze Rosjanie rozliczą w opłatach za tranzyt.

Jednak Bułgarom nie udało się oderwać cen gazu od notowań ropy, a podczas negocjacji z Gazpromem „poległ" minister energii Traiczo Trajkow, który domagał się od Rosjan, aby zgoda rządu w Sofii na budowę Gazociągu Południowego była uzależniona właśnie od zasady stosowania cen związanych z notowaniami ropy oraz by w umowie nie obowiązywał zasada „bierz i płać".

Tutaj Gazprom się ugiął i ta zasada obejmuje 80 proc. z 2,9 mld m sześc. gazu rocznie, jaki ma być Bułgarii dostarczany za pośrednictwem South Streamu.

– Trzeba przyznać, że Bułgarzy wyjątkowo długo się stawiali, ale Gazprom zatrudnia najlepszych prawników na świecie i czy to negocjacjach z Bułgarami, czy w brukselskich dochodzeniach nigdy nie ma pewności, kto ostatecznie wygra, chociaż sprawa pozornie wydaje się oczywista –mówi Matthew Hulbert, analityk europejskiego rynku gazowego.

Co znajdzie Bruksela

To, jak długo Bułgarzy będą się cieszyli niskimi cenami, zależy od wyniku dochodzenia antymonopolowego Unii Europejskiej wobec BEH, który jest partnerem Gazpromu w budowie Gazociągu Południowego i w 2011 r. stworzył z nim spółkę South Stream Bulgaria.

Teraz Komisja Europejska sprawdza, czy bułgarski monopolista nie ogranicza konkurencji na rynku energii elektrycznej i gazu. Gdyby się okazało, że Komisja udowodni pogwałcenie przez BEH zasad uczciwej konkurencji, koncern może zostać skazany na karę w wysokości 10 proc. rocznych obrotów.

Niezależnie w ośmiu krajach unijnych ze wschodu Europy – w Polsce, republikach bałtyckich, w Czechach, na Słowacji, na Węgrzech i właśnie w Bułgarii – toczy się postępowanie w sprawie naruszenia przez rosyjski koncern prawa antymonopolowego, a konkretnie uzależnienia wschodnich rynków od dostaw rosyjskiego gazu, utrudniania dywersyfikacji dostaw oraz ustanowienia niekorzystnych cen, które są powiązane z cenami ropy.

To dlatego właśnie Gazprom lobbuje w Brukseli. Z jednej strony za wszelką cenę stara się powstrzymać eksploatację gazu łupkowego w Europie, a z drugiej metodą kija i marchewki uzależnia kontynent od swoich dostaw.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki

d.walewska@rp.pl

Gazociąg Południowy (South Stream), który ma być alternatywą dla unijnego projektu Nabucco przesyłającego kaspijski gaz z Turcji do Austrii przez Rumunię, Bułgarię i Węgry, ma docelowo transportować rocznie 63 mln m sześc. rosyjskiego gazu. Na terytorium Bułgarii wynurzy się z Morza Czarnego w okolicach Warny, przebiegnie przez Bałkany i Węgry oraz terytorium Słowenii. Na końcu rury znajdują się Włochy.

Komisja Europejska wzięła rosyjski projekt pod lupę. Na początku grudnia rozpoczęła dochodzenie, które ma wyjaśnić, czy bułgarskie firmy i Gazprom nie naruszają zasad konkurencji.

Pozostało 90% artykułu
Energetyka
Energetyka trafia w ręce PSL, zaś były prezes URE może doradzać premierowi
Energetyka
Przyszły rząd odkrywa karty w energetyce
Energetyka
Dziennikarz „Rzeczpospolitej” i „Parkietu” najlepszym dziennikarzem w branży energetycznej
Energetyka
Niemieckie domy czeka rewolucja. Rząd w Berlinie decyduje się na radykalny zakaz
Energetyka
Famur o próbie wrogiego przejęcia: Rosyjska firma skazana na straty, kazachska nie