Komunikat ministerstwa energii Białorusi jest bardzo lakoniczny: „Pierwszy blok elektrowni w Ostrowcu został automatycznie odłączony. Trwa analiza pracy bloku po jego odłączeniu, poziom promieniowania - w normie”.

Przypomnijmy, że to nie pierwsze awaryjne wyłączenie białoruskiej elektrowni atomowej pod Ostrowcem. Pierwszy reaktor został fizycznie włączony do sieci 20 sierpnia ubiegłego roku po dziewięciu miesiącach testów.

To okres dużo dłuższy, aniżeli ma to zwyczajowo miejsce. Zdaniem władz Litwy, od początku przeciwnej tej inwestycji, świadczy to o problemach bloku energetycznego i całej siłowni, wybudowanej przez rosyjski Rosatom i za rosyjski kredyt.

Drugi blok energetyczny miał być gotów na jesieni tego roku i rozpocząć komercyjną produkcję - w pierwszej połowie 2023 r, ale te terminy nie zostaną dotrzymane. Cały prąd trafia do Rosji, bo Polska, republiki bałtyckie i Niemcy nie importują energii od reżimu białoruskiego.

Litwa od początku ostrzegła, że zbudowana 3 km od litewskiej granicy a 40 km od Wilna nad rzeką Wiliją siłownia, powstała bez przestrzegania międzynarodowych wymogów bezpieczeństwa i ochrony środowiska.

Podczas budowy korpus reaktora spadł z wysokości 7 m (dopiero po ujawnieniu tego faktu Rosatom wymienił reaktor); na budowie zginęło co najmniej 5 pracowników; miało też miejsce szereg innych wypadków, m.in pożar.

Zastosowane na Białorusi reaktory to nowe rozwiązanie Rosatomu. W Rosji od pięciu lat pracuje tylko jeden taki egzemplarz. W pierwszym roku eksploatacji zaliczył poważną awarię. Litwa domaga się międzynarodowej kontroli siłowni i jej zamknięcie. Reaktor leży 265 km od polskiej granicy.