8 miliardów ton czarnego surowca może spalić w 2022 roku cały świat - jak przewiduje MAE. Oznacza to wzrost zużycia o 0,7 proc. w stosunku do poprzedniego roku oraz wyrównanie rekordu ustanowionego w 2013 r. Co gorsza, Agencja zakłada, że w przyszłym roku ten rekord zostanie pobity.

Na tegorocznym rekordzie zaważy kilka czynników. Spalanie węgla odbiło się po pandemicznym dołku w 2020 r., kiedy to wyhamowanie globalnej gospodarki, handlu i transportu zbiło statystyki o kilka procent. Ale już w ubiegłym roku węgiel odrabiał straty: gospodarka odżyła po Covid-19, swoje zrobiła pierwsza odsłona kryzysu energetycznego jesienią. Według Statistical Review of World Energy, indeksu tworzonego przez analityków BP, w 2021 r. dzięki czarnemu surowcowi wygenerowano 10 244 TWh energii na całym świecie, co przebija poziom z 2018 r. (10 098 TWh).

W tym roku wzrosty napędza, rzecz jasna, chaotyczne wypełnianie luk po rosyjskich surowcach, w tym w Polsce, a dodatkowo - boom gospodarczy i fala upałów w Indiach. Na rekordzie zaważy też spodziewane w drugiej połowie roku ożywienie gospodarki w Chinach. Wiele tu zależy od tego, jak Pekin poradzi sobie z nawrotem koronawirusa, który - póki co - doprowadził do rygorystycznie egzekwowanego lockdownu w Szanghaju, biznesowym sercu Państwa Środka.

O ironio, tym razem jedynym krajem zachodnim, który redukuje zużycie, są Stany Zjednoczone (o jakieś 4 proc.). W Europie, za sprawą wypełniania luk - zwłaszcza po gazie z Rosji - węgiel wraca do łask na potęgę. Polski rząd prawdopodobnie zdecyduje o przedłużeniu pracy kopalni, decyzje o porzuceniu planów wcześniejszego wyłączenia węglowych bloków elektrowni zapadają w Niemczech, Austrii, Francji czy Niderlandach. Europejski wzrost zużycia węgla sięgnie 7 proc.

Oczywiście, oznacza to cenowy rollercoaster. Jeszcze w lutym br. ceny węgla na światowych rynkach z reguły nie przebijały 200 dol. za tonę - co zresztą było ustawicznym bólem głowy polskich kopalni, które mają wysokie koszty wytworzenia surowca i z trudem udawało im się znaleźć klientów. W ostatni piątek cena węgla w portach ARA (Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia) dobiły 340 dol. za tonę, a polskie kopalnie - jak pisaliśmy już na łamach "Rzeczpospolitej" - szukają wszelkich możliwych sposobów, żeby wygospodarować węgiel, który mogłyby sprzedać po rynkowych (a nie zakontraktowanych znacznie wcześniej) cenach.

Ceny i deficyt surowca rozpalają zatem emocje rynkowych graczy i mrożą krew w żyłach konsumentom, na których spadną ostatecznie rachunki za energię. Obu tych emocji doświadczają zaś zapewne ekolodzy i wszyscy zwolennicy zdwajania wysiłków, by zahamować zmiany klimatyczne.

Jak wiadomo, Organizacja Narodów Zjednoczonych - za namową badaczy tworzących Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatycznych (IPCC) - apelowała do krajów członkowskich, by co roku redukowały zużycie najbrudniejszej, najbardziej emisyjnej kopaliny o 6 proc. O ironio, tylko pandemia była w stanie urzeczywistnić ten postulat: gdy tylko presja Covid-19 zelżała, tudzież pandemia nam spowszedniała, poszczególne państwa ponownie w szybkim tempie zaczęły oddalać się od celów wytyczonych w Porozumieniach Paryskich.

Dostrzega to także MAE. "Nieustanne spalanie olbrzymich ilości węgla wzmaga obawy o efekt tego procesu dla klimatu, a węgiel pozostaje największym źródłem emisji dwutlenku węgla do atmosfery" - konkluduje sucho Agencja w swojej prognozie. Na dodatek, krytycy spalania węgla mają dziś ręce związane, jak nigdy wcześniej - nawet niemieccy Zieloni, słynący z nieustępliwości w sprawie eliminowania zagrożeń środowiskowych, dziś zaczynają przepraszać się z atomem jako potencjalnym źródłem energii. I nawet nie dlatego, że atom został uznany przez Unię Europejską za źródło energii "przyjazne klimatowi", ile dlatego, że nawet zmiany klimatyczne nie są tak przerażające jak widmo zimnych kaloryferów w zimie.

Chichot historii. Jak zauważa komentator Bloomberga, w tę niedzielę upływa dokładnie stulecie, odkąd Winston Churchill - jako Pierwszy Lord Admiralicji - zdecydował o przestawieniu brytyjskiej floty z napędu węglowego na ropę naftową. Już wówczas węgiel wydawał się paliwem bez przyszłości, mało efektywnym w stosunku do osiąganych rezultatów. Późniejsze dekady wydawały się potwierdzać przekonanie słynnego Brytyjczyka: nadeszła "era ropy", potem przyszła "rewolucja OZE", "walka ze zmianami klimatycznymi". - A węgiel? Wciąż tu jest, król jak zwykle - kwituje autor. Tron zawdzięcza tym razem Putinowi, być może upadnie wraz z nim.