Ostateczny schyłek polskich farm wiatrowych

Post Image
Post Image

Osiem podmiotów złożyło skargi na przepisy nowej ustawy o inwestycjach w elektrownie wiatrowe. Rozważają wejście na ścieżkę sądową lub nawet wyjście z Polski.

– Pisma do rządu ze skargą złożyli głównie inwestorzy zagraniczni – mówi „Rzeczpospolitej” osoba zbliżona do kręgów rządowych.

Inwestorzy powołują się prawdopodobnie na dwustronne umowy łączące Polskę z poszczególnymi krajami. Gwarantują one niezmienność warunków biznesowych. Taka skarga jest pierwszym krokiem mogącym doprowadzić do postępowania arbitrażowego. Dlatego pisma – według naszych informacji – powinny być teraz w Prokuratorii Generalnej MSP. Jeszcze tydzień temu złożenie skarg zapowiadało pięć firm.

– Aktualnie prowadzona jest analiza tych wystąpień. Do czasu podjęcia ostatecznej decyzji co do charakteru bądź zasadności tych wniosków nie udzielamy informacji na ten temat – przekazała nam Danuta Ryszkowska-Grabowska z biura komunikacji resortu energii. Na nasze pytania nie odpowiedziała Prokuratoria Generalna, która zajmuje się takimi sprawami.

Zaniepokojeni inwestorzy

Wśród firm, które wysłały skargi na resort skarbu – jak ustaliliśmy – jest czeski CEZ, niemiecki RWE, francuski EDF oraz amerykański Energix.

– Po wejściu w życie zapisów ustawy odległościowej istotnie zwiększyło się ryzyko inwestowania w elektrownie wiatrowe, a przy tym spadła ich opłacalność – tłumaczy Wojciech Cetnarski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej (PSEW). – Dlatego część firm posiadających projekty farm rozważa wkroczenie na ścieżkę sądową, a nawet ich sprzedaż i wycofanie się z Polski. Rozważają to m.in. CEZ i Energix – dodaje Cetnarski.

Zdaniem Grzegorza Skarżynskiego, wiceprezesa PSEW, regulacje dla elektrowni wiatrowej nasuwają wątpliwości co do tego, czy w Polsce jest miejsce dla takich inwestycji. Dotychczas firmy działające w tej branży zainwestowały w u nas ok. 32 mld zł. – Niedopuszczalne jest, by państwo, które najpierw zaprasza inwestorów, przybliżało ich do bankructwa, bo do tego doprowadzą przepisy ustawy wiatrakowej czy brak regulacji rynku zielonych certyfikatów w noweli ustawy o OZE – wskazuje Skarżyński. – To się skończy międzynarodową aferą – dodaje Skarżyński.

Bez sztywnych limitów

Zdaniem osoby zbliżonej do rządu resort energii wysłał do branży wyraźny sygnał, że jest gotowy znowelizować przepisy. Ale owa wola pojawiła się dopiero w odpowiedzi na widmo międzynarodowego sporu.

Najwyraźniej jednak inwestorów nie przekonują propozycje nowelizacji. O dyskusjach dotyczących możliwych zmian pisaliśmy półtora tygodnia temu. Chodzić ma m.in. o możliwość lokalizowania farm w odległości uzgodnionej ze społecznością lokalną (obecnie nie mogą one powstać bliżej niż ok. 1,5–2 km od zabudowań), ale też dającej prawo do zwiększania mocy farmy, o ile nie narusza to wydanych warunków środowiskowych.

Michał Kaczerowski, prezes Ambiens, radzi, by rządzący, nowelizując ustawę wiatrakową, zrezygnowali z koncepcji ustalania sztywnej odległości farm od zabudowań.

Na podstawie przeprowadzonych przez spółkę ankiet wśród właścicieli projektów o łącznej mocy ponad 2 GW widać, że nowa ustawa zagraża rentowności branży. Połowa (50,8 proc.) obecnie rozwijanych projektów znajduje się w odległości mniejszej lub równej trzykrotności wysokości planowanej turbiny. Gdyby zmniejszyć ustawową odległość z dziesięciokrotności do pięciokrotności wysokości, zaszkodziłoby to aż 87,9 proc. realizowanych farm. Najwięcej, bo prawie 75 proc. mocy (bez względu na wielkość), zlokalizowanych jest zaś 450–650 metrów od budynków.

– Dotychczasowy system weryfikacji projektów pod względem badania hałasu emitowanego przez turbiny wydawał się wystarczający – wskazuje Kaczerowski.

Jaka minimalna ustawowa odległość?

Ustawa o inwestycjach w elektrownie wiatrowe, która weszła w życie 15 lipca, reguluje minimalną odległość lokalizowania farm od zabudowań. Nie można ich budować w promieniu mniejszym, niż wynosi dziesięciokrotna wysokość całej turbiny. W praktyce oznacza to zakaz stawiania wiatraków w promieniu 1,5–2 km. Zdaniem ekspertów nie powinno się ustawowo wskazywać minimalnego dystansu na sztywno. Należy zaś badać każdy przypadek z osobna, kierując się kryterium hałasu. Wskazują przy tym na określoną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) normę dopuszczalnego hałasu na poziomie 40 decybeli w porze nocnej. Taki poziom – jak twierdzi ekspert ds. akustyki dr Geoff Leventhal – dają farmy zlokalizowane w odległości 500–600 m od zabudowań.

Mogą Ci się również spodobać

Najtańsza energia to ta zaoszczędzona

Jadąc z lotniska Boryspol do centrum Kijowa, przejeżdża się przez wielkie blokowisko. I co ...

HEG zarezerwuje moce w Baltic Pipe

Spółka podjęła już pozytywną decyzję w sprawie udziału w procedurze open season na polsko-duński ...

Gminy ostrożne z podwyżką danin od turbin

Samorządy chcą rządowej interpretacji przepisów dotyczących podatków od wiatraków. Leszek Kuliński, wójt gminy Kobylnica ...

Tauron wygrywa przetargi

Tauron po raz czwarty wygrał największy w Polsce przetarg na sprzedaż energii dla podmiotów ...

Gazprom sobie nie żałuje

W państwowym rosyjskim koncernie w pierwszym kwartale władze podwoiły sobie zarobki. 17 członków zarządu ...

Stacje Statoil znikną z Polski

Norweski koncern Statoil zdecydował się na rebranding swoich stacji benzynowych. Od maja przyszłego roku ...