Notowania ropy naftowej spadły w czwartek do 82,3 dol. za baryłkę. To poziom najniższy od prawie czterech lat. Cenowy rajd w dół zaczął się ponad dwa miesiące temu i trwa. Surowiec potaniał już w tym czasie o jedną czwartą. Cieszyć się mogą kierowcy, tankujący tańsze paliwo, ale też osoby ogrzewające domy lub gotujące na gazie ziemnym. PGNiG ma jednak powód do zmartwień. Naftowa przecena może wytrącić koncernowi z ręki karty w negocjacjach z Gazpromem.

Teraz będzie taniej

Ceny ropy mają kluczowe znaczenie dla polskiego rynku gazu. To właśnie od ich poziomu zależy, ile zapłacimy Rosjanom za import błękitnego paliwa. Szacuje się, że połowa kontraktu jamalskiego, w ramach którego sprowadzamy ze Wschodu około 9 mld m sześc. gazu rocznie, indeksowana jest do notowań ropy. Pozostała część ceny zależy od notowań gazu w europejskich hubach. Cenowe ruchy w nafcie przenoszone są na koszty zakupu gazu z kwartalnym opóźnieniem. To oznacza, że PGNiG już zaczyna odczuwać efekt taniejącej ropy. Jak podkreślają analitycy, znaczące obniżki powinny nastąpić jednak od stycznia. – Biorąc pod uwagę, że przed zimą gaz w hubach drożeje, efekt ten będzie nieco złagodzony. Mimo to można spodziewać się 10-proc. obniżki cen – mówi Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Paradoksalnie PGNiG, choć teraz zaoszczędzi na zakupach, nie może się jednak cieszyć. Spółka szykuje się bowiem do rozmów z Gazpromem o zmianie ceny zapisanej w kontrakcie jamalskim. – Dla Rosjan niskie ceny gazu to świetny argument, by odrzucić żądania PGNiG. Nie wierzę, by zgodzili się na obniżki. W konsekwencji nie obejdzie się bez arbitrażu – podkreśla Andrzej Szczęśniak. A negocjacje i ewentualna procedura przed trybunałem arbitrażowym mogą trwać latami.

Niekorzystna klauzula

Z początkiem listopada otworzyło się okienko umożliwiające PGNiG podjęcie okresowych negocjacji z Gazpromem nt. zapisów kontraktu jamalskiego. We wrześniu agencja Bloomberg podawała, że Mariusz Zawisza, szef PGNiG, liczy na ponad 10-proc. upust. Oficjalnie PGNiG tego nie potwierdza.

Polska firma będzie chciała też zmienić formułę ustalania ceny – uniezależnić ją od ropy i związać z cenami rynkowymi gazu. Według Mikołaja Budzanowskiego, byłego ministra skarbu, to korzystne rozwiązanie, bo ceny gazu w hubach są niższe od tego, co płacimy Rosjanom (w 2014 r. na niemieckiej czy holenderskiej giełdzie było to średnio o ok. 100 dol. mniej). Polska strona będzie też domagać się zniesienia niekorzystnej klauzuli „take or pay", która obliguje odbiorcę do zapłaty za nieodebrane ilości zakontraktowanego surowca. PGNiG chce zmniejszyć ilość gazu kupowanego na Wschodzie, ale nie może, bo w umowie są ustalone minima obowiązujące do 2023 r.

Jak podkreśla Grażyna Piotrowska-Oliwa, była prezes PGNiG, usunięcie paragrafu „take or pay" jest jednak mało realne, gdyż w kontraktach długoterminowych taki zapis jest standardem. – Negocjacje w tym zakresie zależą od dobrej woli obu stron kontraktu – zaznacza. Zważywszy na stan polsko-rosyjskich relacji, nietrudno się domyślić, że o sukces będzie niezwykle ciężko.

Jerzy Nikorowski, analityk DM BNP Paribas, sądzi, że nie obędzie się bez skierowania sprawy do sądu arbitrażowego. A co może udać się wywalczyć przed trybunałem?

Innym się udało

Już raz arbitraż w negocjacjach PGNiG z Gazpromem poskutkował. Dzięki skierowaniu sprawy do sądu, polska firma dwa lata temu zmusiła Rosjan do obniżek. Wówczas gaz dostarczany do naszego kraju potaniał – według różnych szacunków – od 15 do ponad 20 proc. Udało się też zmodyfikować formułę cenową. Moskwa zgodziła się wówczas na ustępstwa, nie czekając na wyrok. Teraz scenariusz może się powtórzyć.

Tym bardziej że polska spółka nie jest odosobniona. Do arbitrażu w Sztokholmie rosyjskiego dostawcę pozwał niemiecki E.ON. Poza tym PGNiG może się powołać na przykłady innych koncernów, którym Rosjanie ostatnio poszli na rękę. Gazprom obniżył cenę w kontrakcie już kilku europejskim odbiorcom. Dostało je m.in. włoskie Eni. Udało im się znieść też klauzulę „take or pay". Sukces osiągnął francuski Total czy niemiecki RWE Transgas. Problem w tym, że firmy te to główni odbiorcy gazu od Gazpromu (kilkakrotnie więksi niż PGNiG) i ich kluczowi partnerzy biznesowi.