Rolnicy chcą budować biogazownie

Fotorzepa, Dariusz Gorajski Dariusz Gorajski

Według szacunków Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Biogazowego (UPEBI) złożono już około 600–700 wniosków o wydanie decyzji środowiskowych dla biogazowni rolniczych.

W zaawansowanej fazie znajduje się zaś 120 projektów. Te mają pozwolenia na budowę i są gotowe do udziału w aukcji.

To nowy sposób przyznawania pomocy dla produkcji energii z odnawialnych źródeł, który zastąpił wydawane dotąd wszystkim zielone certyfikaty.

150 na rok

– W przyszłym roku o wsparcie w ramach aukcji (15-letni kontrakt z gwarantowaną ceną – red.) starać się może 120–150 biogazowni. Kolejne lata będą podobne – branża może zgłaszać do 150 projektów rocznie – ocenia Sylwia Koch-Kopyszko z UPEBI. To oznacza, że do 2020 r. może u nas powstać około 450 biogazowni rolniczych.

Impulsem do ich rozwoju ma być najwyższy przyznany przez resort energii w rozporządzeniu poziom wsparcia. W ramach aukcji te siłownie będą mogły uzyskać maksymalnie 550 zł za produkcję 1 MWh (jeśli nie dostały wcześniej żadnej pomocy, np. dotacji na budowę). Dla porównania małe wiatraki otrzymają nie więcej niż 300 zł/MWh. – Rolnicy dostali sygnał do budowy odłożonych na półkę projektów. Ale ich realizacja zależy od tego, czy grupa ta odzyska nadwyrężone przez lata zaufanie do państwa – zauważa Koch-Kopyszko.

Zdaniem części ekspertów branża nie ma powodów do narzekania. Choćby dlatego, że jako jedna z dwóch w sektorze OZE (obok małych elektrowni wodnych) dostała już w tym roku możliwość przejścia do w miarę stabilnego systemu aukcyjnego.

Jakie certyfikaty

Tymczasem zadziwiająco mała liczba działających już biogazowni zdecydowała się skorzystać z tej furtki. Według informacji z UPEBI taką wolę wyraziło na razie 65 proc. instalacji. Nie wszyscy zainteresowani otrzymają kontrakt.

Jak szacuje Michał Ćwil, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej, do nowego systemu wsparcia przejść może tylko połowa uprawnionych biogazowni, których łączna moc sięga dziś 100 MW.

Tym, którzy nie skorzystają z furtki lub nie wygrają kontraktu, nie grozi jednak bieda. Mają funkcjonować w wyodrębnionym systemie tzw. błękitnych certyfikatów, które przez ekspertów branży OZE ironicznie nazywane są certyfikatami „bardziej zielonymi”.

– To nie jest odrębny instrument, a jedynie mutacja zielonych certyfikatów. Dla obu jest wspólna opłata zastępcza (wyznaczana przez prezesa URE – red.), a limit dla biogazu ustalono, wycinając pewną część limitu dla wszystkich zielonych źródeł – argumentuje jeden z ekspertów.

Na razie jest jednak różnica w ich cenie, i to zasadnicza. Podczas gdy zielonymi certyfikatami na TGE handluje się po ok. 32–34 zł/MWh, to za te błękitne płaci się ok. 280 zł/MWh. Łączny przychód biogazownika w systemie błękitnych certyfikatów wyniesie więc ok. 560 zł/MWh (licząc ze sprzedażą energii za ok. 170 zł/MWh i żółtych certyfikatów przyznawanych za jednoczesną produkcję prądu i ciepła za ok. 110 zł/MWh).

Dobre wrogiem lepszego

Zarobek startujących w aukcji instalacji może być średnio o kilkadziesiąt złotych niższy niż ten wyznaczony maksymalną ceną. To stąd niechęć do nowego systemu. Bo składając ofertę, wytwórca jest zobligowany (pod groźbą kary) do odliczenia dotychczas uzyskanej pomocy. A tylko nieliczne instalacje realizowano bez dotacji. Większość biogazowni czerpała pełnymi garściami – w zależności od regionu przyznawano od 30 do 70 proc. – Po przeliczeniu i przy odpowiednich założeniach daje to nawet ok. 100 zł/MWh. To oznacza, że w aukcjach mogą się pojawić ceny nawet w granicach 450 zł/MWh – zauważa Ćwil. Według niektórych taki poziom byłby korzystny dla dotowanych biogazowni, które przeprowadziły tzw. restrukturyzację substratową (zrezygnowały z wielkich upraw np. kukurydzy pod kiszonkę do biogazowni, a zużywają w większości odpady gospodarskie).

– Docelowo wszyscy zechcą przejść do systemu aukcyjnego. Na razie jednak korzystają z dostępnych form pomocy, w tym dostępnego do końca 2018 r. wsparcia dla kogeneracji (żółte certyfikaty – red.), i obawiają się wysokich kar za złe odliczenie tej pobranej pomocy – tłumaczy Koch-Kopyszko.

Eksperci podkreślają, że to myślenie krótkowzroczne. Błękitne certyfikaty, tak jak zielone, zależne są nie tyle od rynku, ile od kaprysów ustawodawcy i ministra energii, którzy zmieniając wielkość obowiązków, kształtują popyt na prawa do certyfikatów. – Obyśmy w branży nie doświadczyli powtórki z nadpodaży, jaką mamy do czynienia od 2012 r. na rynku zielonych certyfikatów – przestrzega Ćwil.

Mogą Ci się również spodobać

Dlaczego mamy umierać za węgiel?

Największym problemem Polski jest konieczność zamykania elektrowni opartych na węglu, które mają największy wpływ ...

PSE ponownie ogłosiło lokalny stan zagrożenia

Utrzymujące się upały zmusiły operatora systemu przesyłowego do wprowadzenia lokalnego stanu zagrożenia w części ...

Są chętni na wiatraki Polenergii

Kontrolowana przez rodzinę Kulczyków spółka energetyczna do końca roku może zamknąć proces sprzedaży udziałów ...

Turecki Potok jest gotowy

Gazprom zapełnił gazem dwie nitki Tureckiego Potoku. Gazociąg rozpocznie pracę do końca roku.   ...

Nord Stream skończył pięć lat

W tym roku gazociąg północny będzie wykorzystany w 90 procentach. Trzy lata temu było ...

Jedna faktura za prąd i dystrybucję od Multimediów

Należąca do Grupy Multimedia spółka Multimedia Polska Energia uruchomiła sprzedaż energii w modelu kompleksowym ...