Na łamach serwisu Energianews.pl prof. Jan Popczyk i mgr inż. Jerzy Lipka spierali się o wpływ atomu na szybkość transformacji energetycznej. Cieszy zwrócenie uwagi na ten problem, jednak obaj polemiści niewiele tak naprawdę powiedzieli o tempie i sekwencji polskiej dekarbonizacji. Niestety, ani właśnie ogłoszona Polityka Energetyczna Polski do 2040 r. (PEP 2040) ani Polski Program Energetyki Jądrowej (PPEJ) nie przedstawiają wizji osiągnięcia zeroemisyjnej gospodarki. PEP 2040 zakłada liche 32 proc niskoemisyjnej energii elektrycznej do 2030 r. i właściwie przewiduje nieznaczne redukcje emisji do końca tej dekady. Z kolei PPEJ stoi na gazie ziemnym i jeszcze w 2043 zakłada nawet 30 proc. udział gazu w miksie.

A przecież kluczowy jest nie tylko cel zeroemisyjności, ale również tempo, z jakim będziemy emisje zmniejszać. W obliczu zamrożonego rozwoju lądowej energetyki wiatrowej rząd zakłada pierwsze poważne redukcje emisji po 2030 r., gdy już ruszą farmy wiatrowe na morzu, a następne dopiero wraz z oddawaniem hipotetycznych EJ do 2043 r. W tym czasie skumulowane emisje będą już ogromne. Późna transformacja w kierunku neutralności klimatycznej może oznaczać nawet trzykrotnie wyższe emisje – można ich uniknąć, zwiększając tempo dekarbonizacji.

Analiza Forum Energii wykazuje, że tylko energia odnawialna może zapewnić wymagane przez Unię Europejską redukcje emisji w elektroenergetyce do 2030 r. (55 proc. w stosunku do 1990 roku, Polska osiąga obecnie ok. 15 proc.). Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej, instytucji znanej ze sceptycyzmu wobec OZE, fotowoltaika i turbiny wiatrowe to najtańsze nowe źródło generowania energii elektrycznej. Potencjał rozbudowy polskich mocy wiatrowych wynosi nawet 2 GWp rocznie, przy przychylnych regulacjach możemy mieć ponad 25 GWp mocy wiatrowych lądowych i 10 GWp morskich do 2030 roku, generujących odpowiednio do 35 proc. i 20 proc. obecnego krajowego zapotrzebowania na prąd. Aktualny przyrost mocy fotowoltaiki (powyżej 2,5 GWp w 2020 roku) sugeruje, że w podobnym czasie możemy osiągnąć nawet ponad 40 GWp energii słonecznej. Taka energia byłaby rozproszona po całym kraju, pokrywając ok. 25 proc. obecnego zapotrzebowania.

Oznacza to, że osiągnięcie nawet 70–80 proc. mocy netto z wiatru i ze słońca (przy małym wsparciu biogazu i wody) do 2030 roku nie jest mrzonką i nie stanowi wielkiego wyzwania cywilizacyjnego. Nawet po uwzględnieniu wyższego zużycia wraz z elektryfikacją transportu czy ciepłownictwa, bo wciąż niebywale istotną rolę ma do odegrania efektywność energetyczna, której potencjał w transformacji energetycznej naszego kraju jest ogromny i wciąż mało zbadany.

Z osiągalnością 80 proc. bezemisyjnej energii z OZE przy dzisiejszym stanie rozwoju technologicznego zgadza się większość ekspertów – „zarówno sceptycy, jak i optymiści”, a także ostatni raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), gdzie zakłada się medianę 77,5 proc. udziału energii odnawialnej w miksie energetycznym do 2050 r.

Tak naprawdę największe i najtrudniejsze zadanie stoi przed PSE, by nadążyć z modernizacją sieci, zwiększeniem jej elastyczności, automatyzacji procesów wraz ze skokowym wzrostem liczby prosumentów i społeczności energetycznych. Niestety wciąż brak raportów, które określiłyby, ile OZE sieć może przyjąć do 2030 roku.

Tempo wymaganych przemian degraduje energetykę jądrową z kluczowego narzędzia dekarbonizacji do roli pomocniczej. Entuzjaści atomu ignorują zupełnie realny harmonogram programuj jądrowego do 2050 r. Nawet niezwykle ambitny PPEJ zakłada zaledwie 23–27-proc. udział energetyki jądrowej w energetyce najwcześniej w 2043 r., resztę uzupełniają gaz ziemny (27–30 proc.) i OZE.

Kwestia atomu odnosi się więc do ostatnich 20 proc. bezemisyjnego miksu. Czy jednak EJ nadają się do wypełnienia tego segmentu? To nie jest prosta arytmetyka i dodanie 20 proc. energii jądrowej do 80 proc. energii odnawialnej nie da 100 proc. czystej energii. Czy w przypadku rozwoju tanich magazynów energii, inteligentnych sieci i elektrowni wodorowych energia jądrowa będzie miała po 2040 r. jeszcze jakikolwiek sens ekonomiczny, czy będzie tylko zbędnym, ideologicznym dodatkiem? Inwestowanie w atom, żeby stanowił on rezerwę mocy dla zmiennych odnawialnych źródeł energii, jest analogiczne do kupienia maserati, żeby nim jeździć w czasie, gdy używany na co dzień nissan leaf ma akurat przegląd.

Szybki rozwój energii odnawialnej stanowi zasadniczo jedyną realną formę transformacji energetycznej i szansę na wywiązanie się z unijnych celów klimatycznych. Niekompatybilność atomu zarówno z wymaganym tempem dekarbonizacji, jak i z systemem energetycznym drugiej połowy XXI w. sygnalizują eksperci od prawa do lewa, niestety, rządowe wyliczenia i zamawiane pod tezę raporty zdają się być na tę oczywistość zaimpregnowane. Zamiast tego mamy powielony model czeski, czyli lukrowanie energii jądrowej i obrzydzanie OZE na podstawie danych dostosowywanych do oczekiwań władzy. Jedynym uzasadnieniem promowania polskich elektrowni jądrowych jest ich aktualny brak albo metafizyczne łączenie atomu z suwerennością i niepodległością. Z punktu widzenia ochrony klimatu te argumenty zwyczajnie nie mają sensu.

""

Przemysław Stępień – absolwent SGH. Od blisko 20 lat pracuje w branży kultury i filmu jako prezes Fundacji Filmgramm. Od 2005 r. członek Partii Zielonych, gdzie zajmuje się kwestiami zielonej ekonomii oraz nowej energetyki

energia.rp.pl

""

Kacper Szulecki – pracuje na Uniwersytecie w Oslo, jest profesorem w Centrum Badań Energetycznych w Norweskim Instytucie Spraw Zagranicznych.

energia.rp.pl

.