Rząd umebluje wiatraki na lądzie razem z PSL?

W cieniu kolejnego rekordu produkcji energii elektrycznej z wiatru, który odnotowaliśmy 1 lutego, toczy się walka o wiatraki. Do tej gry może wejść PSL.

Publikacja: 01.02.2023 21:00

Farma Wiatrowa Kamieńsk, należąca do Grupy PGE

Farma Wiatrowa Kamieńsk, należąca do Grupy PGE

Foto: PAP/Grzegorz Michałowski

Polskie Sieci Elektroenergetyczne, operator sieci przesyłowych, stoją na stanowisku, że – aby w przyszłości zagospodarować rosnącą produkcję energii z OZE – musimy otworzyć się na nowe możliwości zagospodarowania nadwyżki zielonej energii. Chodzi o magazyny energii i technologie wodorowe. Jeśli rozwój OZE będzie dotyczył tylko samej produkcji energii – jak zaznaczają PSE – ograniczenia w produkcji energii mogą zdarzać się częściej.

Póki co jednak OZE biją rekordy. Jak wynika z roboczych, publikowanych na bieżąco danych PSE, w środę (1 lutego br.) między 6.00 a 7.00 rano farmy wiatrowe pobiły rekord produkcji energii.

Jak liczy operator, obecnie moc farm wiatrowych na lądzie przekracza 9 GW. Ile będzie w przyszłości? PSE wskazują, że wedle stanu na koniec 2021 r. moc w wietrze wynosiła 7,3 GW, zaś – wedle już wydanych dla nowych instalacji OZE warunków przyłączenia do KSE – można szacować, że przybędzie kolejne 7,6 GW mocy w lądowych farmach wiatrowych. Wedle szacunków PSE – rynek OZE obejmie odpowiednio 14,9 GW dla wiatru na lądzie, 8,4 GW na morzu, zaś dla fotowoltaiki – 22,1 GW. Dane dotyczące wiatru na lądzie budzą szczególne emocje w sytuacji, kiedy trwa dyskusja o odblokowaniu budowy nowych farm wiatrowych.

Wojna o wiatraki trwa

Gdy operator zmaga się z zagospodarowaniem raz mniejszej, a raz większej produkcji energii elektrycznej z wiatru, w tle trwa walka o ostateczny kształt tzw. ustawy odległościowej. PiS zmieniło rządową propozycję minimalnej odległości lokowania farm od innych budynków z 500 do 700 metrów.

Ze źródeł zbliżonych do rządu dowiadujemy się, że to może ograniczyć potencjał mocy nowych farm o mniej więcej połowę. Zatem jeśli inwestorzy planowali do 2030 r. co najmniej 11 GW nowych mocy z wiatru, to przy 700 metrach należy te plany zredukować o połowę.

Czytaj więcej

Padł kolejny rekord w produkcji prądu z wiatru w Polsce

Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej, wskazuje na inne dane. – Przyjęcie poprawki o zmianie odległości minimalnej od wiatraków z 500 na 700 metrów to dalsze blokowanie energetyki wiatrowej na lądzie. Tylko szeroko konsultowane i zaakceptowane przez stronę rządową i samorządową 500 metrów gwarantowało nowe megawaty wiatru już w ciągu dwóch lat, a w kolejnych latach nawet do 22 GW. Z analizy PSEW wynika, że zwiększenie minimalnej odległości do 700 metrów powoduje redukcję możliwej mocy zainstalowanej o ok. 60–70 proc. – mówi.

PiS jednak nie zgodzi się na inną odległość niż 700 metrów – choć zmian nie poprą ani koalicyjna Solidarna Polska, ani opozycja.

PSL na pomoc?

Choć może być wyjątek. Nieoficjalnie dowiadujemy się, że Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych negocjują z PSL. Ludowcy stawiają jednak warunki. Chodzi o zwiększenie indywidualnych korzyści mieszkańców gmin, gdzie buduje się wiatraki, poprzez rozszerzenie zasady zakładającej, że 10 proc. mocy energii elektrycznej farmy trafi nie tylko do gminy, ale i społeczności wokół samego wiatraka. PSL chce to powiązać z konkretnym sąsiadem danej farmy wiatrowej.

Druga poprawka jest ujęta w dwóch wariantach. W pierwszym chodzi o powrót do dystansu 500 metrów na bazie lokalnego referendum. Mieszkańcy musieliby zaakceptować 500, a nie 700 metrów i uzgodnić korzyści dla siebie: sprzedaż energii dla nich „po kosztach”.

Drugi wariant zakłada, że odległości od zabudowań nie powinno się w ogóle określać w metrach, tylko parametrami technicznymi danego urządzenia. Poprawki mają się pojawić na posiedzeniu Sejmu w przyszłym tygodniu.

Czytaj więcej

O ile mniej powstanie wiatraków po poprawce PiS? Jest kolejna analiza

Wiatraki to nie tylko odległość

Zgodnie z roboczymi wyliczeniami rządu, przy odległości 700 metrów ok. 10 proc. powierzchni kraju byłoby dostępne pod nowe instalacje wiatrowe. Obecnie jest to mniej niż jeden proc. Te 10 proc. zdaniem naszych rozmów może jednak mylić. Odległość 200 metrów w lokalizacji farm wiatrowych odgrywa – zdaniem naszych rozmów kluczową różnicę - wynika to przede wszystkim ze sposobu rozmieszczenia zabudowy mieszkalnej w Polsce, która jest bardzo rozproszona, co utrudnia możliwość realizacji tego typu inwestycji w zaproponowanej odległości 700 metrów. - Są województwa, które definitywnie będą całkowicie pozbawione możliwości inwestycyjnej według tej regulacji - szczególnie południe Polski, gdzie to rozproszenie jest większe. W pozostałych województwach również te 700 metrów powoduje, że potencjał mocy jest zmniejszony minimum o połowę – mówi prezes Gajowiecki. Co ważne – nie cała powierzchnia dopuszczona odległością minimalną będzie defacto odpowiednia pod inwestycje wiatrowe. –Tereny te muszą charakteryzować się dobrą wietrznością, możliwością dojazdu wielkogabarytowych elementów oraz technicznymi warunkami przyłączenia. W praktyce oznacza to, że obszar ten będzie jeszcze bardziej ograniczony – dodaje.

W te same tony uderza Michał Kaczerowski, prezes Ambiens, firmy doradczej branży OZE. – Zmiana dystansu minimalnego z 500 metrów na 700 metrów oznacza pomniejszenie dopuszczonego ustawowo terenu aż o 44 proc. Pamiętajmy przy tym, że obszar dedykowany energetyce wiatrowej jest teoretyczny. W praktyce zawsze Ocena Odziaływania na Środowisko, Miejscowe Plany Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP), warunki wiatrowe, dojazd, kwestie własnościowe, klasyfikacyjne, przyłączeniowe ten obszar rewidują – mówi. Dlatego – jego zdaniem – jest potrzeba możliwie dużo terenu gdzie można próbować realizować projekty wiatrowe, które można możliwie szybko realizować i dalej etapowo włączać do systemu. Istotne jest, 500 metrów umożliwia kontynuację części zaawansowanych projektów zgodnych z uchwalonymi MPZP, którym brakuje pozwoleń na budowę i umożliwia uruchomienie nowych obszarów, które do budowy i eksploatacji będą mogły wejść w 2 i 3 fazie za kilka lat.

Czytaj więcej

Skutki poprawki wiatrakowej: zamiast 5 GW może powstać tylko 1,5 GW

- Rozmowa dzisiaj o szacunkach mocy w różnych wariantach uważam, że jest niepotrzebna, ponieważ docelowo potrzebować możemy nawet 20-30 GW nowych mocy w wietrze na lądzie a to bez wątpienia wymaga uwolnienia maksymalnego terenu do optymalnego wykorzystania warunków przyłączeniowych i spłacenia kredytu zaufania społecznego – mówi . Wskazuje, że więcej możliwego terenu w skali kraju oznacza większą elastyczność i więcej przestrzeni do optymalizacji środowiskowej projektów oraz do lokalnych uzgodnień i negocjacji, co wyklucza presje inwestycyjną. – 500 metrów to najlepsze rozwiązanie dla wszystkich, dające bezpieczne podstawy do zbudowania trwałej symbiozy społecznej z dobrymi, przyjaznymi środowiskowo i akceptowalnymi farmami wiatrowymi. – mówi wprost Kaczerowski.

Tańszy prąd

Jak przekonują analitycy rynku energii, przy jego obecnej konstrukcji energia odnawialna (z farm wiatrowych i fotowoltaicznych) to energia najtańsza dla odbiorcy końcowego.

– To mocny argument na rzecz zwiększania potencjału wiatrowego Polski. Po unormowaniu sytuacji na rynkach energii układ cenowy na rynku hurtowym najprawdopodobniej wróci do stanu z roku 2019 – w państwach, gdzie jest dużo OZE, cena będzie niższa – wskazuje Maciej Gacki, analityk Instytutu Jagiellońskiego.

Dodaje jednak, że większa ilość źródeł niesterowalnych to wyzwanie dla operatora systemu przesyłowego. W dni, kiedy procentowy udział generacji ze źródeł wiatrowych do zapotrzebowania jest duży, PSE obniża generację z tych źródeł. To wyzwanie, przed którym nie ma ucieczki – kwituje.

Przypomina, że Polska już uczestniczy w transformacji, a potrzeba zwiększenie elastyczności systemu jest nie do uniknięcia. - Między innymi rozwój rynku usług dla magazynów energii oraz rozbudowa infrastruktury przesyłowej i dystrybucyjnej będzie wspomagał zwiększenie potencjału sieci do współpracy ze źródłami odnawialnymi – wymienia.

Wiatr nie zastąpi elektrowni

Przy całej dyskusji o wiatrakach warto jednak pamiętać, że dla operatorów systemów przesyłowych największym wyzwaniem, przy stale rosnącej mocy z OZE, jest zbilansowanie produkcji energii z zapotrzebowaniem. Są sytuacje kiedy wiatr i słońce produkują relatywnie dużo energii, która może nawet w 100 proc. pokryć zapotrzebowanie na nią, jednak istnieje minimum techniczne konwencjonalnych jednostek wytwórczych, które muszą cały czas pracować. Wówczas w systemie elektroenergetycznym występuje nadwyżka energii, którą często trudno zagospodarować. Tak dzieje się w wielu krajach. Przykładem jest Dania, kiedy w połowie stycznia generacja wiatrowa okresowo przekroczyła zapotrzebowanie, ale i tak prawowały jednostki konwencjonalne (pokrywając ok. 18 proc. zapotrzebowania.). Nadwyżka energii była wówczas eksportowana za granicę.

OZE
Tauron oddaje do użytku kolejną farm wiatrową
OZE
Pierwszy kwartał stał pod znakiem spadku węgla i wzrostu OZE
OZE
Duże zmiany dla prosumentów. Jest projekt noweli ustawy OZE
OZE
Tauron buduje 360 MW w wietrze i słońcu
OZE
Bogdanka zmniejszy wydobycie węgla. Wszystko przez duże zapasy surowca w kraju