Obecnie baryłka ropy Brent kosztuje ok. 44 dol. Dla takich krajów jak Wenezuela, Algieria i Kuwejt to zbyt mało, bo nie daje im żadnych szans na choćby zbliżenie się do zbilansowania budżetów.
Przeciwni jakimkolwiek zorganizowanym działaniom są Rosjanie, którzy do OPEC nie należą, ale obawiają się, że jeśli ponownie pojawią się rozbieżności w kartelu, ropa stanieje jeszcze bardziej. Minister energii Rosji Aleksander Nowak uważa, że w tej chwili jest o wiele za wcześnie na zamrażanie poziomu wydobycia. – Możemy porozmawiać za kilka miesięcy – mówi.
Niemniej jednak sekretarz generalny OPEC, minister ds. energii Kataru Mohammed Al-Sada, zwołał konferencję ministerialną w Algierze na 26–28 września. On sam uważa zeszłotygodniowy spadek cen za przejściowy.
Zdaniem analityków takie spotkanie może przynieść tylko kolejne rozczarowanie, bo szanse na szybkie porozumienie są znikome. Szansa na minimalny wzrost cen pojawi się dopiero pod koniec roku.
Kluczowa dla powodzenia akcji jest postawa dwóch krajów – Arabii Saudyjskiej, największego producenta ropy w OPEC, oraz Iranu, który szybko podwoił wydobycie z 2 do 3,8 mln baryłek dziennie, z czego ponad połowę eksportuje. Saudyjczycy zapewniają, że zgodzą się na zamrożenie wydobycia, pod warunkiem że zrobią to również Irańczycy. Ale ci chcą, by ich firm najpierw odzyskały udziały w rynku utracone podczas obowiązywania sankcji, a potem dopiero okażą solidarność z resztą kartelu.