Jedno trzeba przyznać obecnemu rządowi: udało mu się przekonać energetyczne spółki do wyłożenia pieniędzy na ratowanie Kompanii Węglowej. Ta sztuka miesiącami nie udawała się poprzedniej ekipie rządzącej. Odrębną sprawą jest natomiast, czy energetyka faktycznie zyska na tej transakcji, czy raczej zainwestowane przez nią pieniądze wpadną w czarną dziurę.
Wstępne oferty objęcia udziałów Polskiej Grupy Górniczej (PGG), która ma przejąć kopalnie od Kompanii Węglowej, zadeklarowały Energa (do 600 mln zł), Polska Grupa Energetyczna (do 500 mln zł) oraz PGNiG Termika (do 400 mln zł).
Samo zaangażowanie tych firm w przedsięwzięcie nie powinno dziwić – „Rzeczpospolita” pisała o tym już od wielu miesięcy. Zaskakiwać może natomiast fakt, że to nie PGE, ale Energa weźmie na siebie największy ciężar finansowy ratowania Kompanii Węglowej przed bankructwem. To przecież PGE zawsze blisko współpracowała z Kompanią Węglową, a gdy była w potrzebie – wspierała ją przedpłatami.
Analityk Societe Generale Bartłomiej Kubicki wyliczył, że wkład oferowany przez Energę pokrywa dwuletnie wydatki tej spółki na węgiel, natomiast w przypadku PGE proponowana kwota przekłada się na 40 proc. jej rocznych wydatków na zakup czarnego paliwa. Nic więc dziwnego, że w środę notowania Energi straciły ponad 10 proc. i w jeden dzień kapitalizacja firmy stopniała o ponad 550 mln zł.
Same deklaracje spółek energetycznych nie oznaczają, że zarząd Kompanii Węglowej może spać spokojnie. 1,5 mld zł to za mało, by mówić o skutecznej restrukturyzacji tej spółki. Sam prezes Kompanii Tomasz Rogala przyznał, że firmie potrzeba jest ok. 2,2 mld zł nowego kapitału.