Sytuacja na rynku ropy coraz bardziej niepewna

Saudyjskie Ministerstwo ds. Ropy Naftowej podało, że wśród uszkodzonych okrętów były dwa tankowce z tego kraju
Saudyjskie Ministerstwo ds. Ropy Naftowej podało, że wśród uszkodzonych okrętów były dwa tankowce z tego kraju
Shutterstock

Atak na saudyjskie tankowce powoduje wzrost cen surowca. Dla polskich rafinerii bardziej szkodliwe są dziś problemy z dostawami z Rosji.

Cena ropy gatunku Brent skoczyła w poniedziałek rano o 1,6 proc., do 71,6 dol., za baryłkę. W ten sposób rynek reagował na doniesienia o ataku na dwa saudyjskie tankowce u wybrzeży Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Do ataku doszło w niedzielę w pobliżu portu Fudżajra. Początkowe doniesienia mówiły o tym, że zaatakowano cztery statki handlowe. W poniedziałek saudyjskie Ministerstwo ds. Ropy Naftowej sprecyzowało, że wśród uszkodzonych okrętów były dwa tankowce z Arabii Saudyjskiej. Jeden z nich płynął z ropą dla amerykańskich klientów. Ten incydent określono jako „atak sabotażowy”. Saudyjskie władze nie sprecyzowały, jak został on przeprowadzony ani kto mógł być sprawcą. Nie było ofiar w ludziach ani nie doszło do wycieku ropy do morza. Atak ten określono jednak jako „zagrożenie dla globalnych dostaw ropy”.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych ZEA poinformowało w nocy z niedzieli na poniedziałek, że doszło do „operacji sabotażowej” przeciwko tankowcom. Zdementowało jednak doniesienia mówiące o wielkich eksplozjach w porcie Fudżajra. ZEA rozbudowują ten port, chcąc uczynić z niego jeden z największych na świecie magazynów ropy. Władze ZEA również nie wskazały winnych sabotażu.

Podejrzenia kierują się jednak w stronę Iranu. Wcześniej przedstawiciele irańskich władz grozili, że mogą zablokować cieśninę Ormuz (przez którą idzie w świat ropa wydobywana nad Zatoką Perską), jeśli USA zaostrzą sankcje wobec Iranu. Amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo, w reakcji na atak na saudyjskie tankowce, odwołał lot do Moskwy i przybył do Brukseli naradzać się z sojusznikami w sprawie Iranu.

W ocenie Jakuba Boguckiego, analityka rynku paliw e-petrol.pl, zawirowania w rejonie Zatoki Perskiej mogą mieć wpływ na całą światową gospodarkę. – Wygląda mi to na sytuację, której rynek bardzo nie lubi. Chodzi o to, że pojawia nam się realne i militarne zagrożenie w rejonie cieśniny Ormuz, co może dać się w krótkim czasie odczuć na kursie ropie – mówi Bogucki. Jego zdaniem dopóki nie dojdzie do jakiegoś wyjaśnienia sytuacji, należy się spodziewać dalszych komplikacji relacji między Stanami Zjednoczonymi a Iranem i Arabią Saudyjską, które i tak są już napięte. – Wprawdzie na razie nie dochodzi do żadnego wycieku czy przerwania dostaw, ale trzeba pamiętać, że chodzi o niebezpieczne działania w rejonie, przez który przechodzi 20 proc. światowej produkcji, a to zawsze może wzbudzić obawy i podbijać tzw. premię ryzyka w cenie ropy – uważa analityk e-petrol.pl.

CZYTAJ TAKŻE: Brudna ropa z Rosji straszy w Unii

Dziś dla polskiego rynku dużo większym zagrożeniem wydają się jednak problemy z transportem surowca z kierunku wschodniego. PERN, firma zarządzająca polskim odcinkiem ropociągu Przyjaźń, już 19 kwietnia odnotowała spadek jakości rosyjskiej ropy, a kilka dni później wstrzymała jej transport. Do dziś go nie wznowiono. Tymczasem w ubiegłym roku surowiec z tego państwa stanowił aż 76,3 proc. łącznych dostaw do polskich rafinerii.

– Im dłużej będą wstrzymane rurociągowe dostawy rosyjskiej ropy do rafinerii w Gdańsku i Płocku, tym więcej negatywnych skutków z tego powodu będą odczuwały Lotos i Orlen – mówi Michał Kozak, analityk Trigon Dom Maklerski. Zauważa, że jednym z nich jest sytuacja związana z tzw. dyferencjałem Brent/Ural, czyli różnicą w cenie między ropą wydobywaną spod dna Morza Północnego i rosyjską. Obecnie Ural jest droższy niż Brent, co jest zjawiskiem bardzo rzadkim.

Dla polskich rafinerii oznacza to wyższy koszt zakupu rosyjskiego surowca, do którego przerobu są głównie przystosowane polskie rafinerie. Kozak zwraca też uwagę, że nie za bardzo wiadomo, co zrobić z brudną rosyjską ropą, która już znalazła się w polskich rurociągach. Wprawdzie nie dotarła do rafinerii i tym samym nie spowodowała ewentualnego uszkodzenia instalacji, ale trzeba zdecydować, w jaki sposób z ropociągów usunąć brudny surowiec oraz kiedy i kto ma ponieść związane z tym koszty. To pokazuje, że rozwiązanie powstałego problemu nie jest łatwe i może trochę kosztować.

W pierwszej kolejności zapewne odczują to Orlen i Lotos. Nie można jednak wykluczyć, że swoimi kosztami zechcą podzielić się z finalnymi odbiorcami swoich produktów, w tym nabywcami paliw. Od początku roku ceny detaliczne na stacjach w Polsce znajdują się w trendzie wzrostowym, przy czym mocniej drożeje benzyna niż diesel. W najbliższych dniach mogą nastąpić dalsze podwyżki.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Niemcy – kraj bez węgla i atomu

Najpotężniejsza gospodarka Unii za 20 lat będzie produkować prąd, nie wykorzystując węgla i atomu. ...

Trzeba reanimować rynek

Koncentracja w segmencie wytwarzania energii to nie problem. Na rozwiniętych rynkach działają monopole czy ...

Zmiany sprzedawcy gazu wyhamowały

W I kwartale sprzedawcę błękitnego paliwa zmieniło o 4 proc. mniej odbiorców niż w ...

Inspirujemy do lepszego budownictwa

Z naszych badań wynika, że znaczna część polskiego społeczeństwa mieszka 
w budynkach niezdrowych, niedocieplonych, ...

Koniec grudnia: benzyna poniżej 4 zł

Koniec grudnia powinien upłynąć pod znakiem taniego tankowania – oceniają eksperci paliwowi. Ich zdaniem ...

W tum roku moc zainstalowana w panelach fotowoltaicznych przekroczy 1000 MW. Przedsiębiorcy przestraszyli się gwałtownego wzrostu cen energii spowodowanego wzrostem cen uprawnień do emisji CO2 i postawili na autogenerację energii. Eksperci wskazują, że 1 GW mocy w PV to niewiele w porównaniu z innymi krajami regionu

Jaki rodzaj energii napędzi Polskę?

Polska polityka energetyczna Polski opiera się na węglu i na razie nie ma co ...