Do wytykania, ile kolejne ekipy rządzące wydały na wspieranie górnictwa, sami górnicy już zdążyli się przyzwyczaić. W rozmowach z dziennikarzami związkowcy wciąż potrafią przypominać czasy, w których spory z politykami załatwiano za pomocą płonących opon w Alejach Ujazdowskich. Ale realia branży znacznie się w ostatnich latach zmieniły – tak czy inaczej polskie górnictwo się zwija.
– Jak liczyć od poniedziałku do piątku, to ciężko czasem górnikowi zarobić 3000 złotych – mówił nam niedawno Wacław Czerkawski, dziś we władzach śląskiego OPZZ, a przez wiele lat wiceszef Związku Zawodowego Górników w Polsce. – Górnik, który dziś trafia na kopalnię, zarabia po roku może 2500-2600 zł, a pani w Lidlu 3500 zł – szacuje z kolei szef MZZ KADRA Górnictwo w KWK Ruda Ruch Pokój. Z danych GUS wynika z kolei, że górnik wciąż należy dziś do zawodów przyzwoicie opłacanych: opublikowane w ubiegłym roku statystyki wskazują, że średnia płaca w górnictwie to 7180 złotych.
Adobe Stock
Z danych firmy Sedlak & Sedlak wynika choćby, że w najgorszej sytuacji jest robotnik górniczy dołowy, zarabiający 3665 zł brutto. Ale już pensja górnika eksploatacji podziemnej dobija 5852 zł brutto, inżynier górnik w górnictwie podziemnym zarabia 8186 zł, a kierownik działu ruchu dobija niemal 10 tys. zł brutto. Średnie kwoty podbijają jednak płace managementu, a prezes spółki górniczej zarabia 50-60 tys. zł miesięcznie, co przyznają też analitycy Sedlak & Sedlak.
Teoretycznie kondycja finansowa górnictwa powinna być niezła: ceny węgla są dziś w Polsce wysoce wyśrubowane – pod bramami kopalni należących do Polskiej Grupy Górniczej za tonę trzeba zapłacić od 725 do 750 złotych. To znacznie więcej niż niecałe 60 dolarów za węgiel w portach ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia). Szkopuł w tym, że cena polskiego węgla jest sztucznie pompowana – eksperci są przekonani, że wpływ na nią mają przede wszystkim kontrakty z polską energetyką, która pod presją polityków akceptuje wysoką cenę. Górnictwo wykazuje się wtedy dochodowością, choćby śladową, a energetyka – kiedy tylko może – dokupuje węgla z importu. Stąd import surowca bije rekordy.
Na Śląsku złoża łatwo dostępne już się właściwie skończyły, nieco prościej jest na Lubelszczyźnie. Dzięki technologii – która jednak kosztuje – poszczególne kopalnie mogą schodzić coraz niżej, ale jest to coraz bardziej ryzykowne z punktu widzenia bezpieczeństwa górników i opłacalności biznesowej. Kopalnie węgla brunatnego, działające metodą odkrywkową, stają się z kolei „wrogiem publicznym numer jeden” z powodu spustoszenia, jakie czynią w środowisku naturalnym i w rolnictwie – jak w Wielkopolsce.
Gwoździem do trumny branży jest polityka Unii Europejskiej. Finansowanie inwestycji opartych na węglu już się praktycznie skończyło, a do instytucji unijnych przyłączają się banki i – w coraz większej mierze – instytucje ubezpieczeniowe. Z firm górniczych uciekają prywatni inwestorzy. Innymi słowy, Barbórka A.D. 2019 może jeszcze mieć barokową oprawę, ale podszyta jest nastrojami z epoki fin de siecle.