Wiceszef resortu energii jednego wydaje się pewny: zapowiedziana wcześniej przez ministra Krzysztofa Tchórzewskiego operacja zachowania obniżonej akcyzy (z 20 do 5 zł za MWh) oraz opłaty przejściowej (o 95 proc.) zostanie utrzymana. Wcześniej przedstawiciele resortu energii zapewniali, że może to zneutralizować nawet 50–60 proc. potencjalnych podwyżek.
– Akcyza i opłata przejściowa to te elementy, które były w podwyżkach najmniej kontrowersyjne – mówi nam Jan Sakławski, prawnik i ekspert ds. rynku energetycznego w kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy. – W kontekście sytuacji, a więc tego, że podwyżka cen w 2018 r. pojawiła się w dosyć gwałtowny sposób, były one akceptowane przez ekspertów. To raczej ten ostatni element – stabilizacja cen – budził i wciąż budzi wiele wątpliwości – dodaje.
Według niego bezprecedensowość „zamrożenia cen” sprawiła, że nikt się takiego rozwiązania w 2018 r. nie spodziewał. – To rozwiązanie i jego następstwa przygotowywano tak szybko, że nawet legislatorzy nie za bardzo zdawali sobie sprawę z ich konsekwencji – podkreśla Sakławski. – Na dodatek ekonomia to nie tylko matematyka, ale także zjawiska behawioralne, których nie da się uwzględnić w Excelu. Z rynku uciekają sprzedawcy, ale też ich klienci: przedsiębiorcy, którzy tworzą możliwości korzystania z własnych źródeł energii, zawierają kontrakty typu PPA (power purchase agreement) – kwituje.
Niestety mimo fatalnych doświadczeń – wyparcia z rynku mniejszych konkurentów dużych, państwowych firm energetycznych, niepewności i sporów związanych z rekompensatami, proceduralnych zawirowań z oświadczeniami o statusie odbiorcy końcowego – ministerstwo najwyraźniej chce trzymać nas w niepewności do końca roku.
Nic jednak nie wskazuje na to, by sytuacja na europejskim rynku energetycznym miała wrócić do status quo sprzed 2018 r. W połowie września cena w kontraktach BASE na Towarowej Giełdzie Energii na 2020 r. sięgnęła 275 zł/MWh i choć nieco spadła w październiku (do mniej więcej 265 zł/MWh) to wciąż daleko jej do poziomów z początku 2018 r.