Cel: zniknąć z raportów o złym stanie powietrza za dziesięć lat

Henryk Kowalczyk kieruje Ministerstwem Środowiska od stycznia 2018 r.
Henryk Kowalczyk kieruje Ministerstwem Środowiska od stycznia 2018 r.
materiały prasowe

Kraje, które chcą dogonić resztę świata, muszą się rozwijać, a to wiąże się ze wzrostem emisji CO2 – mówi Henryk Kowalczyk, minister środowiska.

Mamy się czym pochwalić, bo przekroczyliśmy cele wyznaczone protokołem z Kioto i ograniczyliśmy emisje o ponad 30 proc. względem wymaganych 6 proc. przy jednoczesnym wzroście gospodarczym – mówi minister Kowalczyk (na zdj. elektrownia w Bełchatowie). Fotorzepa/Marta Bogacz

Rz: Polskie Ministerstwo Środowiska jest gospodarzem tegorocznego szczytu klimatycznego ONZ. Jego twarzą będzie pełnomocnik ds. prezydencji COP24 wiceminister środowiska Michał Kurtyka. A jaka będzie rola premiera czy prezydenta?

Henryk Kowalczyk: Dzięki temu, że Polska jest gospodarzem konwencji klimatycznej w Katowicach, twarzy COP24 będzie wiele.

Prezydent na pewno ma ważną rolę do odegrania podczas szczytu liderów, zaplanowanego na 3 grudnia. To na jego zaproszenie przyjadą głowy pozostałych państw. Z kolei premier będzie reprezentował nas w rozmowach merytorycznych z szefami innych rządów.

Co uznamy za sukces katowickiego szczytu?

Sukcesem będzie podpisanie tzw. pakietu katowickiego. Zawrzemy tam szczegółowe rozwiązania prowadzące do realizacji celu, pod którym podpisała się większość krajów w Paryżu.

Negocjowany przez strony tekst porozumienia katowickiego obejmie około 20 tematów. Część z nich nie budzi kontrowersji. Wśród nich jest np. adaptacja do zmian klimatu, przeciwdziałanie suszy czy zagrożeniom powodziowym i huraganowym. Wszyscy zgadzają się co do tego, że takie działania trzeba podejmować.

A jakie mogą być punkty zapalne?

Trudno będzie pogodzić odmienne interesy poszczególnych krajów. Jedne mają rosnące ambicje w zakresie redukcji emisji CO2, a inne prezentują zachowawcze stanowisko.

Wyzwaniem będzie spotkanie się pośrodku. Z naszej perspektywy ważne będzie stworzenie bilansu klimatycznego, czyli spojrzenie na problem emisji nie tylko w kontekście jej redukcji, ale także pochłaniania. Na przykład w rolnictwie pochłanianie zapewnia zwiększona uprawa roślin, z kolei intensywna hodowla prowadzi do nadmiernego wzrostu emisji.

Ważnym punktem pozostaje też sprawiedliwa transformacja. Kraje, które chcą dogonić resztę świata, muszą się rozwijać, a to wiąże się ze wzrostem produkcji i konsumpcji, które powodują również emisje gazów cieplarnianych.

Polska od wielu lat angażuje się w działania na rzecz ochrony klimatu. Mamy się czym pochwalić, bo przekroczyliśmy cele wyznaczone protokołem z Kioto i ograniczyliśmy emisje o ponad 30 proc. względem wymaganych 6 proc. przy jednoczesnym wzroście gospodarczym.

Jednak raport IPCC mówi o tym, że działania zadeklarowane w ramach porozumienia paryskiego nie są wystarczające, by zatrzymać wzrost temperatury na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza wobec ery przed pomiarami.

Nie zamierzamy ponownie otwierać dyskusji o zwiększaniu ambicji klimatycznych. W przeciwnym razie zajęlibyśmy się wyznaczeniem kolejnych celów, zanim osiągnęlibyśmy te obecne. Chcemy za to konsekwentnie realizować porozumienia tam zawarte.

Jakimi narzędziami?

To także będzie tematem negocjacji dotyczących katowickiego pakietu. Musimy wyznaczyć metodę pomiaru i rozliczania emisji dwutlenku węgla. Wspólne zasady będą zachęcały państwa w długim terminie do podejmowania większych wysiłków. Istotny będzie też aspekt finansowania działań proklimatycznych ze środków tzw. zielonego funduszu.

Na razie Polska nie jest nawet udziałowcem funduszu, więc nasz wpływ na rozdział środków jest ograniczony. Czy to się zmieni?

Jesteśmy i będziemy zaangażowani w zielony fundusz dzięki wpłacanym do niego środkom – tam trafi część z przewidzianych w tzw. specustawie COP24 30 mln zł. W tym sensie jesteśmy „udziałowcem”, choć w zielonym funduszu mówi się raczej o donatorach. Mamy wpływ na wydawanie tych środków poprzez członka zarządu, który reprezentuje kilka państw, w tym Polskę.

Ważne jest przy tym to, by na poczet wydatków klimatycznych zaliczać zarówno bezpośrednie wpłaty do funduszu, które powinny iść do krajów rozwijających się, 
np. na działania powstrzymujące pustynnienie, jak i finansowanie działań na rzecz ochrony klimatu u nas w Polsce.

A do takich działań można zaliczyć te podejmowane w ramach programu „Czyste powietrze” z budżetem ponad 100 mld zł na dziesięć lat. Co prawda przewidziana tam wymiana kotłów węglowych na gazowe nie oznacza jeszcze realizacji pakietu klimatycznego, bo oba paliwa są emisyjne. Jednak już termomodernizacja budynków wpływa na zmniejszenie zużycia energii, a więc i na redukcję emisji CO2.

To będzie już trzeci szczyt klimatyczny w Polsce. Po dwóch poprzednich pozostało dobre wrażenie wzorowego organizatora. Ale wydane pieniądze nie przyniosły namacalnego efektu, np. w postaci stworzenia tu agendy ONZ. Czy teraz mamy takie cele?

Polska rzeczywiście wyrobiła sobie już markę dobrego gospodarza szczytów klimatycznych – nie tylko organizacyjnie, ale też jako państwo prowadzące globalne negocjacje. To jest kapitał, z którego korzystamy zarówno w negocjacjach na świecie, jak i w Unii Europejskiej.

Natomiast tworzenie instytucji międzynarodowych z siedzibą w Polsce nigdy nie było naszym celem, gdyż takie decyzje nie zapadają na szczytach klimatycznych.

Czy nie obawiacie się, że efekty rządowego programu walki ze smogiem zniweczą wprowadzone okresy przejściowe dla kotłów i norm jakości węgla.

Walka ze smogiem i wyznaczenie okresów przejściowych nie stoją ze sobą w sprzeczności. Program rządowy obejmuje bowiem okres dziesięciu lat, a normy jakościowe zaostrzają się z roku na rok.

Po kilku latach osiągniemy zamierzone cele. Z drugiej jednak strony nie zdołalibyśmy wymienić jednocześnie wszystkich kotłów czy podłączyć ludzi do ciepła systemowego. Musimy postępować stopniowo, dając ludziom czas na przeprowadzenie termomodernizacji budynków. W innym przypadku odbiorcy zapłaciliby więcej za ogrzewanie w źle izolowanych domach.

Na niechlubnej liście Światowej Organizacji Zdrowia przeważają polskie miasta wśród tych z najgorszej jakości powietrzem. Gdzie ma nas doprowadzić program „Czyste powietrze” za dziesięć lat?

Idealnie byłoby, gdybyśmy z tej listy w ogóle zniknęli po dziesięciu latach. Jeśli termomodernizacja wraz z wymianą źródła ogrzewania będzie postępować równolegle do elektryfikacji transportu, będzie to w zasięgu ręki.

O ile ogrzewanie węglowe jest głównym winowajcą smogu w małych miastach, o tyle w dużych aglomeracjach problemem są spaliny samochodowe.

Czy zdecyduje się pan na obniżenie poziomów, przy których społeczeństwo informowane jest o podwyższonych normach pyłów i substancji trujących? To mogłoby odegrać rolę edukacyjną i w konsekwencji zwiększyć nacisk społeczeństwa na polityków.

Nacisk na polityków już w tej chwili jest bardzo duży. Należy raczej skupić się na obniżaniu emisji, a nie poziomów alarmowych. Nad tym można się zastanowić w drugiej kolejności, np. za pięć lat.

Jeśli w tej perspektywie – zgodnie z naszymi założeniami – ze wsparcia na termomodernizacje i wymianę systemu grzewczego skorzysta połowa domów, to będziemy mogli zacząć dyskusję o zmianie obowiązujących norm.

W Polsce problem smogu wiąże się z ubóstwem energetycznym. Ludzi nie stać na palenie dobrej jakości paliwem w nowoczesnych kotłach, więc ogrzewają domy, spalając śmieci w starych kotłach, tzw. kopciuchach. To taka gospodarka obiegu zamkniętego (GOZ) po polsku.

Jeśli chodzi o palenie odpadami, to liczę w tym obszarze na działania edukacyjne. Są one niekiedy ważniejsze od wprowadzenia najbardziej restrykcyjnych norm prawnych. Do tej pory ludzie nie zastanawiali się nad tym, że palenie śmieciami oznacza trucie siebie i sąsiadów.

Na edukację w zakresie recyklingu i zbiórki selektywnej powinny też stawiać gminy. Dla nich najkorzystniejsza jest taka sytuacja, w której mają jak najmniej odpadów.

Jakie sugestie zawarło Ministerstwo Środowiska w ramach konsultacji mapy drogowej gospodarki cyrkularnej, nad którą pracuje minister przedsiębiorczości i technologii?

Przede wszystkim zawarliśmy tam postulat ograniczenia niekorzystnego wpływu tworzyw sztucznych na środowisko i wprowadzenia wyższych opłat produktowych w odniesieniu do wprowadzanych do obrotu opakowań, uwzględniających oddziaływanie odpadów opakowaniowych na środowisko.

U nas opłaty produktowe są symboliczne. Czy planujecie podwyżkę do poziomów skandynawskich i zachodnioeuropejskich, czyli nawet 600 euro za tonę opakowań z tworzyw sztucznych w Austrii i Niemczech, czy może raczej regionalnych, tj. w okolicach 150 lub 210 euro za tonę plastiku odpowiednio na Litwie i w Czechach?

Na pewno nie wejdziemy od razu na poziom opłat obowiązujących w Skandynawii. Bardziej racjonalne byłoby porównywanie się z krajami naszego regionu. Niewątpliwie jednak poziom dofinansowania przetwarzania odpadów przez wprowadzających opakowania czy niektóre produkty powinien wzrosnąć.

Kiedy będzie możliwa Polska bezodpadowa? Część krajów już deklaruje daty przejścia na model gospodarki cyrkularnej. Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Środowiska Polska ma być liderem. Tymczasem eksperci twierdzą, że będziemy mieli problem nawet z celami w zakresie recyklingu.

Nie uda się wtórnie zagospodarować wszystkich odpadów. Jednak w perspektywie trzech–czterech lat Polska będzie miała znaczący wkład we wdrażaniu modelu gospodarki o obiegu zamkniętym. W tej chwili są już gminy, które pilotażowo wdrażają rozwiązania prowadzące do gospodarki cyrkularnej i to nie tylko w zakresie zagospodarowywania odpadów.

Podejmujemy też działania, w szczególności legislacyjne, aby wypełnić ambitne cele dotyczące recyklingu. Teraz przed nami najważniejsza perspektywa 50-proc. recyklingu w 2020 r. Na chwilę obecną większość gmin Polski osiągnęła wymagany poziom recyklingu i przygotowania do ponownego użycia (w 2017 r. 96 proc. gmin osiągnęło wymagany poziom – 20 proc.). To jest osiągalne.

Jakie regulacje musicie wdrożyć, by to stało się rzeczywistością, a z drugiej strony, by nie powtórzyć błędów tzw. rewolucji śmieciowej?

Część zmian ustawowych już wprowadziliśmy. Uszczelniliśmy system, skracając z trzech lat do jednego roku okres magazynowania odpadów przeznaczonych do recyklingu. To jest gwarancja dla firm działających na tym rynku, że nie będą konkurować z nielegalnym biznesem.

Przed nami jest jeszcze zmiana ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach w zakresie zbierania odpadów. Pracujemy nad nią z samorządami i firmami z branży. Trwa analiza uwag, które wpłynęły w ramach konsultacji publicznych.

Natomiast od 2017 r. obowiązują już przepisy rozporządzenia w sprawie szczegółowego sposobu selektywnego zbierania wybranych frakcji odpadów, które ujednolicają system selektywnej zbiórki odpadów komunalnych w gminach.

Czyli Polacy dostaną zachęty finansowe do segregacji śmieci?

Jednym z takich motywatorów będzie wprowadzenie czterokrotnie niższej stawki za odpady segregowane dla gospodarstw domowych. Planujemy również, że system zostanie wsparty z drugiej strony. Dlatego firmy zajmujące się przetwarzaniem odpadów powinny otrzymywać odpowiednie środki od wprowadzających opakowania na rynek.

Resort środowiska od zawsze opowiadał się za wyłączeniem środków z handlu uprawnieniami do emisji CO2 z budżetu. Teraz jest na to szansa, bo inicjatywy w tym zakresie przedstawiły zarówno Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii w zakresie wsparcia przemysłu energochłonnego, jak i resort energii, który chce rekompensat dla gospodarstw. Jakie macie pomysły?

Oczywiście z punktu widzenia potrzeb środowiskowych wyłączenie środków pochodzących ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 z budżetu centralnego i przeznaczenie ich na cele klimatyczne byłoby bardzo korzystne. W tym kontekście można byłoby je zgromadzić w jednym miejscu, tak samo jak opłaty pobierane za wprowadzanie odpadów do środowiska i wszystkie inne opłaty środowiskowe.

Środki z tego budżetu, którym mógłby zarządzać np. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, powinny wspierać systemowe działania na rzecz poprawy środowiska. Wśród nich mogłaby się znaleźć elektromobilność, na rozwoju której zależy ministrowi energii, ale też redukcja emisji CO2 poprzez inwestowanie w źródła rozproszonej generacji czy termomodernizację. Mam nadzieję, że program „Czyste powietrze” będzie w centrum tych działań.

Kiedy budżet straci przychody z tytułu handlu uprawnieniami do emisji i jak podzieliłby pan te środki na poszczególne wymienione priorytety?

Na pewno w 2019 r. taka pula nie zostanie jeszcze z budżetu wyłączona, bo plan finansowy jest już ustalony. Temat nie jest jeszcze zamknięty i Ministerstwo Środowiska powołało międzyresortową grupę roboczą, której zadaniem będzie m.in. określenie priorytetów, na które powinny być wydatkowane środki.

Nie chciałbym więc zbyt wcześnie dzielić tych pieniędzy. Na pewno wsparcie konkurencyjności przemysłu energochłonnego i przynajmniej najuboższych gospodarstw domowych jest zasadne. Mówimy tu o dużych kwotach, więc oprócz powyższych celów pozostałe środki mogłyby pójść na zmniejszenie emisji przez rozwój elektromobilności, rozwój OZE i program „Czyste powietrze”. Istotny jest również rozwój bazy analitycznej, która jest niezbędna do skutecznej realizacji nałożonych na Polskę celów redukcyjnych, jak również zapewniłaby skuteczniejszą obronę naszych interesów w kontekście europejskiej polityki klimatycznej.

Czyli Ministerstwo Środowiska poparłoby zmianę prawa w zakresie dopłat do elektryków?

Na razie nie chciałbym tego deklarować. Budżet musi się bilansować.

Podczas szczytu klimatycznego kierowane przez pana ministerstwo spotka się z pewnością z falą krytyki. Bo z jednej strony mówimy o rekompensatach i bilansie klimatycznym, a z drugiej planujemy kolejną elektrownię węglową w Ostrołęce. To wywoła co najmniej wizerunkowy dysonans.

W kontekście zmniejszania emisyjności sektora energetycznego dobrze byłoby, gdybyśmy posiadali energetykę atomową i stabilną energetykę odnawialną. Nie chciałbym jednak wchodzić w kompetencje ministra energii, bo Polska musi mieć źródła zasilania zapewniające prąd do rozwoju gospodarki.

Co podoba się ministrowi środowiska w planowanej polityce energetycznej, a co budzi niepokój?

Proces tworzenia tego dokumentu nie jest jeszcze zakończony. Dyskusja cały czas trwa. Mam nadzieję, że przed szczytem klimatycznym uda się ją zakończyć. Taka jest ambicja ministra Tchórzewskiego.

Różnice zdań jednak występują. Największe dotyczą tempa zmniejszania udziału węgla w energetyce. Moim zdaniem Ostrołękę należałoby potraktować jako ostatnie źródło węglowe w Polsce. Każda kolejna elektrownia powinna spalać już inne paliwo. W ten sposób udział węgla będzie się sukcesywnie zmniejszał.

Także brunatnego? Nie będzie nowych odkrywek?

Nie jesteśmy w stanie z dnia na dzień zrezygnować z tego paliwa. W tej chwili jest dyskusja dotycząca otworzenia złoża Złoczew. Bez tej odkrywki nie mielibyśmy zapewnionej energii.

Mogą Ci się również spodobać

PGE wyda 20-30 mln zł na wsparcie start-upów

Rocznym budżetem w granicach 20-30 mln zł będzie dysponował fundusz wspierający rozwój start-upów powołany ...

Ostateczny schyłek polskich farm wiatrowych

Osiem podmiotów złożyło skargi na przepisy nowej ustawy o inwestycjach w elektrownie wiatrowe. Rozważają ...

Gazprom szuka pieniędzy na NS2

Ponad 6,5 mld potrzebują Rosjanie do rozbudowy gazociągu na dnie Bałtyku. Liczą na rodzime ...

Jak będzie wyglądać polski rynek energii?

Latem operator systemu energetycznego poprosi dużych odbiorców o redukcję i im za to zapłaci. ...

Listwoń wybrany wiceprezesem TGE

Piotr Listwoń został powołany na wiceprezesa Towarowej Giełdy Energii, spółki należącej do Giełdy Papierów ...

#RZECZoBIZNESIE: Piotr Siergiej: Zły węgiel powodem smogu w Polsce

Normy węgla do sprzedaży dla gospodarstw domowych, zaproponowane przez ministerstwo, są dalece niewystarczające – ...