Szef URE: Wsparcie? Ale czyim kosztem

Fotorzepa/Robert Gardziński

Jeśli odciążymy jedną grupę, to lukę będzie musiała wypełnić inna grupa odbiorców prądu – mówi Maciej Bando, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Rz: Premier Mateusz Morawiecki powiedział, że URE nie planuje podniesienia cen energii w 2019 r. dla gospodarstw domowych. To sugestia czy kampania wyborcza?

słowa premiera odbieram jako duży skrót myślowy. O tym, co się będzie działo z taryfami na energię czy jej dystrybucję, wiedzą zarządy spółek energetycznych i być może ich większościowy właściciel (jest nim Skarb Państwa – red.).

Zadaniem regulatora jest ocena wniosków taryfowych składanych przez przedsiębiorstwa, tj. sprawdzeniem, czy koszty przez nie przedstawione są rzeczywiste i uzasadnione.

Tu nie ma miejsca na dowolność, bo rozporządzenie taryfowe szczegółowo mówi o tym, co należy wziąć pod uwagę.

URE przewiduje różne warianty sytuacji i ich możliwe skutki. To są zwyczajne działania analityczne. Taka analiza różnych scenariuszy ułatwia potem szybką weryfikację wniosków taryfowych.

Minister energii Krzysztof Tchórzewski obiecał jednak, że prąd dla odbiorców indywidualnych nie pójdzie w górę więcej niż o 5 proc. Gdyby jednak było drożej od 2019 r., to odbiorcy dostaną rekompensatę. To zachęca spółki obrotu do wnioskowania o zwrot wyższych kosztów.

Tak jak powiedziałem, jako regulator będę oceniał wnioski taryfowe i wtedy będę mógł się wypowiadać w kwestii uzasadnionego poziomu cen. Proszę jednak pamiętać, że nasze rachunki składają się z dwóch części – oprócz płatności za samą energię jest jeszcze część opłat za jej dostarczenie.

Pytanie, czy wnioski w ogóle się pojawią. Koszty paliwa węglowego i uprawnień do emisji poszły mocno w górę, więc analitycy sugerują wzrost cen o 50–70 proc.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, by firmy w ogóle nie złożyły wniosków. Te, które wpłyną, ocenimy zaś pod kątem poniesionych kosztów i braku subsydiowania krzyżowego. Z takim mamy do czynienia, gdy np. działalność dystrybucyjna finansuje biznes wytwórcy.

Chciałbym też wierzyć, że zarządy spółek nie będą świadomie doprowadzały do pogorszenia własnej sytuacji ekonomicznej. To groziłoby przerwaniem modernizacji energetyki, m.in. brakiem środków na inwestycje rozpoczęte w przeszłości, które powinno się kontynuować w kolejnych latach.

Zarządy spółek energetycznych powinny mieć też na uwadze to, że kilka złotych z naszych przyszłych emerytur tkwi w wartości akcji tychże firm. Nie chciałbym, by wskutek nie najlepszego zarządzania spadła ich wycena.

Muszę pana zmartwić. Spółki już wyrównały szyki. Oprócz Tauronu wycenianego już poniżej 2 zł za akcje, za wszystkie inne inwestorzy płacą 8–9 zł za akcję.

Spadek wycen o połowę jest faktem. To skutek przyjęcia modelu gospodarki energetycznej zakładającego jednakowe traktowanie wszystkich podmiotów.

To może czas skończyć z fikcją i stworzyć jednego wytwórcę prądu, jednego dystrybutora i sprzedawcę zamiast czterech grup pionowo zintegrowanych?

Problem nie tkwi w samej strukturze. Mamy fantastyczny przykład CEZ, który jest notowany na giełdzie, mimo decydującego udziału czeskiego rządu.

W Polsce pod kontrolą Skarbu Państwa powinno być tylko to, co stoi na straży bezpieczeństwa, czyli przesył, strategiczne aktywa wytwórcze i usługi systemowe. Jeśli w tej grupie chciałaby być także dystrybucja, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jednak reszta wytwarzania – poza strategicznymi aktywami, a także obrót wcale państwowe być nie muszą.

Należałoby też zmienić przyjęty model, w którym nadzorujący energetykę minister jest jednocześnie kreatorem prawa dla tego sektora. Bo osoba sprawująca ten urząd – nawet mając najbardziej kryształowy charakter – jest postrzegana jako rzecznik interesów nadzorowanych firm.

Teraz jest plan pomocy dla odbiorców, zarówno tych energochłonnych, jak i indywidualnych.

O pakiecie osłonowym dla przedsiębiorstw energochłonnych mówiło się od dawna. Przy czym pomysły w większości nie wychodziły poza deklaracje.

Istniejące mechanizmy pomocy są – według firm – niewystarczające. Dlatego pojawiają się postulaty rozszerzenia portfela np. o obniżenie opłaty jakościowej w kosztach dystrybucji czy przesyłu energii. W tym kontekście pojawiają się różne kwoty, o które miałyby być pomniejszone rachunki przemysłu. Ale jeśli odciążymy jedną grupę, to lukę będzie musiała pokryć inna grupa odbiorców.

To samo dotyczy pomocy dla gospodarstw. Nie znam szczegółów dotyczących planowanych mechanizmów wsparcia odbiorców indywidualnych. Zawsze jednak rodzi się pytanie, czyim kosztem wprowadzimy wsparcie.

Założeniem jest skierowanie na te cele przychodów budżetowych ze sprzedaży praw do emisji CO2.

Te środki już mają zdefiniowany kierunek wydatkowania. I wcale nie jest nim pomoc socjalna dla odbiorców energii, tylko modernizacje i inwestycje obniżające emisyjność gospodarki. Dlatego mam wątpliwości co do zasadności takiego rozwiązania.

Byłoby to przejedzenie pieniędzy?

Przekierowanie części środków pochodzących ze sprzedaży praw do emisji CO2 na pomoc dla przemysłu jest energochłonnego jest ciekawym i wartym rozważenia projektem. Jednak co do finansowania z tej puli innych form pomocy dla konsumentów zdania już są podzielone.

Jesteśmy w toku kampanii. Znów słyszymy o ubóstwie energetycznym. A plany ministerstwa wyglądają tak, jakby chciał dać przedsiębiorstwom przestrzeń na wnioski o podwyżki, a odbiorcom – dodatek na osłodę. Tak, żeby wilk był syty i owca cała.

Tyle że tak się nie da. Przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni nic nie zmieni i nie rozwiąże problemów energetyki. Nie byłoby też proste „włożenie” do taryfy przychodów z dotacji.

Na szczęście w URE ani nie jesteśmy politykami, ani nie reprezentujemy żadnej partii politycznej. Bronimy interesów zarówno przedsiębiorstw, jak i odbiorców ciepła i energii, wśród których są zresztą zwolennicy każdej opcji politycznej.

Dlatego czekam na koniec kampanii i zmianę obietnic w obowiązujące prawo.

Chciałbym też przypomnieć, że problem ubóstwa energetycznego nie wynika tylko z wysokich cen energii, ale z wysokich cen ciepła i udziału tych opłat w rachunkach.

Kto zatem miałby ponieść koszt transformacji energetycznej w Polsce, a które grupy byłyby chronione?

Dyskusja na ten temat jest potrzebna. Powinniśmy ją rozpocząć po rozstrzygnięciu ostatecznego kształtu tzw. pakietu zimowego. Konieczny jest plan finansowy dla realizacji polityki energetycznej, by zaadaptować się do regulacji jak najmniejszym kosztem.

Podczas jednej z konferencji kilka tygodni temu zaproponowałem taką debatę i zaprosiłem do dyskusji, ale na razie bez rezultatów.

Faktem jest, że w toku takiej debaty głos kilkudziesięciu przedsiębiorstw energochłonnych, posiadających silne organizacje branżowe, będzie lepiej słyszany niż postulaty kilku milionów właścicieli małych i średnich firm, m.in. tysięcy fryzjerów czy piekarzy, których nikt nie reprezentuje. Ale to właśnie ci przedsiębiorcy – zatrudniając u siebie po kilka osób – ponoszą najwyższe koszty zmian na rynku energii. W zakładzie usługowym płacą wyższą stawkę za prąd niż we własnym domu, nie mówiąc już o odbiorcach z „większego” przemysłu. Dlatego chętnie widziałbym ich przy takim okrągłym stole.

Czy czeka nas szybkie uwolnienie cen energii po wprowadzeniu pakietu zimowego, czyli dyrektyw i rozporządzeń unijnych, które ukształtują wspólny rynek energii w przyszłej dekadzie?

Polska jest jednym z niewielu rynków z regulowaną ceną energii. Jej uwolnienie dzisiaj byłoby wstrząsem dla wszystkich konsumentów. Dlatego nie znieśliśmy dotąd taryfowania gospodarstw domowych. Stworzyliśmy za to mechanizm pozwalający na zmianę sprzedawcy.

Ponieważ jednak pakiet zimowy mówi o konieczności budowy wolnego rynku, taryfy na energię dla odbiorców indywidualnych czeka prawdopodobnie ten sam scenariusz, który realizuje się w przypadku gazu. Na rynku błękitnego paliwa wkrótce będziemy mieli całkowitą deregulację (od 2024 r. zniknie taryfa dla gospodarstw – red.).

Problem w tym, że jest coraz mniej sprzedawców alternatywnych.

Dziś każde prywatne przedsiębiorstwo, które nie jest kontrolowane przez Skarb Państwa, jest na wagę złota. Faktycznie jest ich zbyt mało, dlatego są jak rodzynki w cieście.

Ostatnie upadki firm mogą spowodować, że będziemy podchodzili do zmiany dostawcy z jeszcze większą rezerwą niż dotąd.

Proces budowy wolnego rynku jest trudny. Mieliśmy do czynienia z upadkiem firmy, która osierociła poważną grupę klientów. Dopiero to uświadomiło nam, że zabrakło na czas właściwych regulacji zabezpieczających ciągłość dostaw dla odbiorców gazu. Widzieliśmy przecież, że instytucja sprzedawcy rezerwowego była wprowadzana w pośpiechu.

Jeśli chodzi o niechęć do zmiany sprzedawcy, to wynika ona głównie z małych różnic w ofertach poszczególnych firm.

Może chodzić także o brak poczucia bezpieczeństwa. Zapominamy bowiem, że odbiorca w gospodarstwie domowym zawsze ma możliwość powrotu z rynku do zatwierdzanej przez URE taryfy swojego tzw. sprzedawcy z urzędu.

CV

Maciej Bando jest prezesem Urzędu Regulacji Energetyki od czerwca 2014 r. Wcześniej pełnił obowiązki regulatora i był wiceprezesem URE. Doświadczenie zdobywał m.in. w PGE. Absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej i studiów podyplomowych z biznesu i zarządzania.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Opozycja przejmuje naftowy aktyw Wenezueli w USA

Amerykańska spółka-córka państwowego koncernu paliwowego Wenezueli kontrolowana jest przez lidera opozycji uznawanego przez większość świata ...

Tańsze sierpniowe wakacje

Spadek cen ropy naftowej zaowocował niższymi rachunkami przy dystrybutorach. Czyli wakacje będą tańsze, niż ...

Chińczycy atakują Grenlandię

Chińskie koncerny energetyczne wzięły sobie na cel największą wyspę świata. Na Kalaallit Nunaat czyli ...

Oskary energetyki

Energetyczną firmą roku został hiszpański koncern paliwowy Repsol. Po raz pierwszy po najwyższe laury ...

Prąd ze słońca w… Estonii

Taką usługę proponuje koncern Eesti Energia (EE) największy w nadbałtyckich republikach dostawca prądu. Choć ...

Sąd broni Arktyki przed Trumpem

Donald Trump nie miał prawa otworzyć Arktyki i Atlantyku na wydobycie ropy i gazu. ...