Gość przyznał, że morskie farmy wiatrowe to przedsięwzięcie dla bardzo dużych graczy. - Ok. 1000 przedsiębiorców, którzy zainwestowali w turbiny lądowe nie mają szans na wejście na morze. Oni są skazani na upadek i wymarcie - mówił Podgajniak.
- W najlepszym wypadku, to co powstanie na Bałtyku z trudem zastąpi, to co jest już generowane na lądzie – dodał.
Podkreślił, że jeśli polityka regulacyjna będzie kontynuowana, to co jest na lądzie stopniowo zniknie. - Zostaną tylko najwięksi i najbogatsi, kosztem energetyki rozproszonej - tłumaczył Podgajniak.
- A przecież największy sens ma zbliżanie źródeł energii do miejsc, gdzie jest popyt. Wtedy mamy energetykę konkurencyjną i bezpieczną – dodał.
Gość stwierdził, że wystarczy sobie wyobrazić łódź podwodną, która przetnie kabel podmorski wyprowadzający 1000 MW mocy z farmy na ląd, i mamy problem.
- Jeżeli dojdziemy do 50 proc. wykorzystania mocy zainstalowanej, to będziemy mieli proste zastępowanie. 14 TWh energii, którą dzisiaj wytwarzają farmy lądowe, zostanie zastąpione przez 14-15 TWh energii, która powstanie na Bałtyku. To nie zmieni naszego bilansu, ani uzależnienia od węgla, czy też stopniowego wzrostu uzależnienia od gazu - tłumaczył Podgajniak.
W dniach, kiedy wieje a jest mniejsze zapotrzebowanie na prąd, PSE chce zapłacić farmom wiatrowym, żeby nie wytwarzały wtedy energii elektrycznej.
- Branża od dawna o tym mówi. Z punktu widzenia zdroworozsądkowego darmowa energia z wiatru powinna być wykorzystywana w maksymalnym stopniu. Jednak system ma swoje ograniczenia. Niezbilansowanie występuje kilka razy w roku po kilkanaście godzin – mówił gość.
- To nie jest pierwsza, anie pewnie ostatnia, propozycja, która ma na celu ucywilizować funkcjonowanie rynku. Tylko, że ona niczego nie poprawia, jedynie łagodzi skutki poprzednich działań – dodał.
Przypomniał, że od 1 stycznia 2018 r. wiatraki straciły przywilej wprowadzania całej wyprodukowanej energii do sieci.