Możliwe porozumienie pokojowe między USA a Iranem przewiduje udział Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który zależy z kolei od rezolucji Rady Gubernatorów MAEA. Jak Agencja przygotowuje się do tej kluczowej roli?
Byliśmy i jesteśmy w kontakcie ze wszystkimi stronami konfliktu. Do lutego braliśmy udział w rozmowach dotyczących naszej obecności. Jednak konflikt zaostrzył się i nie chodziło o energetykę jądrową, bo większość prac przygotowawczych została już wówczas wykonana. O szczegółach możliwego porozumienia jeszcze niewiele wiemy. Musimy poczekać, wszystko zweryfikować, bo sytuacja jest bardzo dynamiczna. Najważniejszą rzeczą w Agencji jest weryfikacja zakresu możliwej rezolucji w tej sprawie. Kiedy dwa kraje zgadzają się na coś i proszą nas o weryfikację, muszę zwrócić się do zarządu Agencji z prośbą o pozwolenie na działanie.
Co będzie priorytetem MAEA w realizacji ewentualnego mandatu ws. Iranu?
Mowa o wszystkich elementach prac Agencji, w tym o dotyczących uranu wzbogaconego do 60 proc. Pozbycie się go byłoby względnie łatwe, skoro (Irańczycy – red.) wiedzą, jak to robić.
Czytaj więcej
Najbliższy sojusznik Kremla Aleksander Łukaszenko nagle robi krok wstecz na widok kolejnych płonących w Rosji rafinerii. To wszystko wzmocniło Zełe...
Wokół ukraińskiej elektrowni jądrowej w Zaporożu trwa zawieszenie broni, choć dochodzi do incydentów. Niedawno znów została ona pozbawiona zewnętrznego zasilania, na szczęście na krótko…
Nasze rozmowy w jej sprawie są prowadzone w trybie ciągłym. Czasami ma się wrażenie, że to niekończąca się historia. Jeśli jedną linię (energetyczną, zasilającą elektrownię – red.) uda się naprawić, to kolejna zostaje uszkodzona, ale taka jest wojna. Problem z Zaporożem polega na tym, że znajduje się na linii frontu (kilkakrotnie ją przekraczałem). To jedno z tych dramatycznych miejsc, gdzie rosyjski żołnierz patrzy w oczy ukraińskiemu, strefa bardzo aktywnej działalności wojskowej. Zwłaszcza linie energetyczne są zagrożone, często atakowane przez jedną lub drugą stronę. Ostatnio udało się wynegocjować w tym rejonie zawieszenie broni, weszło w życie, po czym nastąpił atak. Teraz znowu pracujemy nad nowym porozumieniem.
Jak wyglądają te rozmowy?
Po obu stronach są ludzie z branży nuklearnej, rząd, wojsko, ale i my jako MAEA. To nie jest łatwa rozmowa, bo zawsze są wzajemne podejrzenia. Zawieszenia broni są bardzo kruche. Obie strony poprosiły nas o monitorowanie rozminowania terenu, aby ułatwić naprawy linii. Udaje się nam te rozmowy prowadzić i jak dotąd uniknęliśmy awarii jądrowej.
Udzie zazwyczaj bardziej ufają MAEA niż rządom krajowym
Czy biorąc pod uwagę wojnę na Ukrainie, albo wojny na Bliskim Wschodzie, MAEA potrzebowałaby silniejszego mandatu na przyszłe wyzwania?
W kontekście Iranu, a także wojny na Ukrainie, gdzie wykonaliśmy dużo pracy, udało nam się ustalić, czy powinien istnieć mandat rozszerzony np. o inspekcje bezpieczeństwa. Wykonujemy tego rodzaju pracę, ale różni się ona od inspekcji. Robimy to na zasadzie dobrowolności. Mam wrażenie, że już trwa ewolucja naszych działań. Rzeczywistość jest taka, że jeśli chcesz mieć elektrownię jądrową i nie masz opinii eksperckich MAEA ani kontroli bezpieczeństwa MAEA, nie ma zaufania. Nie chodzi o to, że jesteśmy superrządem w dziedzinie energetyki jądrowej, ale ludzie zazwyczaj bardziej ufają MAEA niż rządom krajowym.
Ostatnia Konferencja Przeglądowa Stron Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), która odbyła się w Nowym Jorku, nie przyniosła postępów. Jak wyjść z paraliżu politycznego, który daje paliwo do krytyki wielonarodowych organizacji, takich jak ONZ?
Przegląd NPT to proces i nie traktowałbym tego jako argument w krytyce organizacji wielonarodowych. Sukces układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej nie jest definiowany przez brak ostatecznego oświadczenia. Bardzo ważne, by kraje spotkały się, przeanalizowały każdy artykuł traktatu i oceniły jego skuteczność. Konferencja przeglądowa zawsze jest „łatwym łupem”, gdy trwa wojna ukraińsko-rosyjska czy na Bliskim Wschodzie. NPT jest daleki od ideału, ale to traktat, który ma względne sukcesy. W czasach ogromnej niepewności jest solidnym elementem prawa międzynarodowego i należy go chronić.
Czytaj więcej
Ważą się losy ostatecznej umowy na budowę pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce. W domknięciu negocjacji niebagatelną rolę ma odgrywać decyzja o w...
Jak ocenia pan swoje szanse na stanowisko sekretarza generalnego ONZ? Biorąc pod uwagę obecną niestabilność polityczną na świecie, ktokolwiek chciałby pełnić tę funkcję?
Co do pierwszej części pytania byłoby nierozsądne o tym mówić. Jest proces wyboru i traktuję go bardzo poważnie. Szanuję wszystkich innych ubiegających się o to stanowisko. Faktem jest, że ONZ jest w bardzo trudnej sytuacji. To, co robimy w MAEA, jest żywym dowodem, że można mieć dobrze działającą organizację wielonarodową, mającą konstruktywny wpływ na sprawy świata. Organizacja, której przewodzę, zajmuje się niektórymi z najtrudniejszych tematów na scenie międzynarodowej. Na podstawie tego doświadczenia i na bazie 45 lat w dyplomacji myślę więc, że bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy multilateralizmu – takiego który działa. Wydaje się, że obecnie, z pewnymi wyjątkami, nie jest to powszechne.
Sekretarz generalny ONZ jest po to, by rozwiązywać problemy. W dyplomatycznym arsenale mamy różne narzędzia, których można użyć w dialogu, mediacji, dyskretnych kontaktach. Ważne, aby z nich korzystać
Co byłoby pana pierwszym krokiem ku przełamaniu stagnacji i biurokracji?
Jeśli patrzymy na filar pokoju i bezpieczeństwa, byłoby to działanie takie, jak w MAEA: rozmowy ze wszystkimi stronami i dochodzenie do zawieszenia broni. Trwa kilka konfliktów, niektóre są wręcz chroniczne. ONZ przestała się skupiać na sprawach najważniejszych. Nikt nie zaprzeczy, że gdy się próbuje robić wszystko, kończy się to bardzo słabym wynikiem. Ryzyko, że ONZ stanie się całkowicie nieistotna, jest bardzo wysokie. W moim odczuciu każde wyzwanie wymaga innego podejścia.
To znaczy?
Sekretarz generalny jest po to, by rozwiązywać problemy. W dyplomatycznym arsenale mamy różne narzędzia, których można użyć w dialogu, mediacji, dyskretnych kontaktach. Ważne, aby z nich korzystać i wiedzieć, co jest bardziej odpowiednie i kiedy. Dla mnie o wiele lepsza niż deklaracje jest możliwość zaangażowania się, rozpoczęcia negocjacji, zaproponowania rozwiązań. W przypadku wojny na Ukrainie mój dialog nie był łatwy, ale postanowiłem skupić się na problemach, które trzeba rozwiązać lub którym trzeba zapobiec, by uniknąć katastrofy nuklearnej. Uniwersalnej recepty na rozwiązywanie sporów nie ma. Potrzebny jest talent dyplomatyczny, umiejętność angażowania się. Ważne, by nie dać się zignorować, a to trudne. Bezstronność to jedna z najtrudniejszych rzeczy i bardzo samotne miejsce.
Renesans energetyki jądrowej staje się faktem. Czy UE powinna zezwolić na współfinansowanie budowy nowych elektrowni jądrowych z unijnego budżetu?
W tej kwestii UE ma własne mechanizmy instytucjonalne wskazujące, co należy do zadań Komisji Europejskiej, a co do krajów członkowskich. O zmianie postawy KE świadczy stanowisko szefowej KE Ursuli von der Leyen z Paryża, ze szczytu poświęconego energii jądrowej, który zorganizowaliśmy we współpracy z Francją. Powiedziała ona bardzo jasno, że Europa popełniła strategiczny błąd, rezygnując z atomu. Przypuszczam więc, że Europa nie odejdzie od energetyki jądrowej. W przeszłości dochodziło do otwartej konfrontacji w tej sprawie, szczególnie między Francją a Niemcami, ale także Austrią czy Luksemburgiem. Zmiana stanowiska zabrała trochę czasu. Pierwszy raz zobaczyliśmy to, gdy ujęto atom w tzw. taksonomii, a więc potraktowano jako zrównoważoną inwestycję. Był to duży bój, mimo że nauka – ujmę to delikatnie – mówiła, że atom nie jest gorszym źródłem energii od innych.
Czyli w podejściu UE wszystko się zmieniło?
Wiele już się zmieniło, ale nie oznacza to automatycznie, że wszystkie elementy podejścia do energetyki jądrowej się zmienią, ale przynajmniej nie ma już politycznej, ideologicznej opozycji wobec niej. Także wasz kraj ma bardzo ambitny program (atomowy – red.), myślę więc, że pod tym względem sytuacja będzie się poprawiać.
Inne kraje i kontynenty starają się rozwijać energetykę jądrową, napotykają jednak na barierę kosztów…
Sam pochodzę z kraju rozwijającego się (Argentyny – red.), który odniósł duży sukces w rozwoju energii jądrowej w mojej części świata. My – Brazylia, Meksyk – zrobiliśmy to. Nie widzę powodu, by nie udało się to także w innych krajach. Wiele państw ufa nam w kwestii doradztwa, zawsze bierzemy pod uwagę to, co jest dla nich wygodniejsze, biorąc pod uwagę ich specyfikę. Czasami doradzamy krajom w procesie przetargowym, ponieważ jesteśmy neutralni. Nie mamy w tym żadnego interesu komercyjnego, a dostawcy oczywiście mówią, że mają dla nich najlepsze rozwiązanie, co może nie być prawdą. Kraje wiedzą, że w MAEA mają partnera, który będzie z nimi współpracował, mówiąc im prawdę. Może się przecież zdarzyć, że określona technologia, określony typ reaktora będzie wymagać określonego rodzaju odporności sieci lub określonych warunków w łańcuchu dostaw.
A co z finansowaniem?
To jest jedna z rzeczy, które najbardziej mnie martwią w kontekście upowszechnienia technologii (atomowej – red.). Bardzo łatwo jest popierać energię jądrową, ale ważnym, brakującym elementem był dotychczas brak międzynarodowego finansowania. Istniały zakazy, z powodu ideologicznego podejścia do niej. Udało się nam tę barierę przełamać, podpisując w ub.r. porozumienie z Bankiem Światowym. Mamy też porozumienia z bankami regionalnymi w Ameryce Łacińskiej, Azji, współpracujemy też z Afrykańskim Bankiem Rozwoju. To ważne, bo nawet prywatni inwestorzy nie inwestują, jeśli nie widzą międzynarodowych instytucji finansowych i ubezpieczycieli angażujących się w projekt.
Rozmowa przeprowadzona przez dziennikarzy kilkunastu redakcji z całego świata: obok „Rzeczpospolitej” m.in. „Financial Times”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, DPA, Politico, Bloomberga, „El Confidencial”, New Delhi Television.