Amerykańscy nafciarze za Bidena prosperują. Ale przyszłość widzą w Trumpie

Stany Zjednoczone wciąż są dla branży naftowej centrum świata. Tamtejsze koncerny w ostatnich latach rozkwitły. Ale prezesi swoją przyszłość będą chcieli wiązać raczej z walczącym o reelekcję Donaldem Trumpem niż obecnym lokatorem Białego Domu.

Publikacja: 12.05.2024 09:46

Donald Trump

Donald Trump

Foto: Bloomberg

„Sztuka robienia interesów” („The Art of the Deal”) to jeden z poradników, jakie przed laty napisał – lub zlecił jego napisanie – Donald Trump. I właśnie „interesem”, czy właściwie „umową”, nazwał on propozycję, jaka miała paść na niedawnym dyskretnym obiedzie w jego rezydencji Mar-a-Lago na Florydzie. Można ją sprowadzić do prostej wymiany przysług: spółki naftowe miałyby wyłożyć miliard dolarów na kampanię prezydencką Trumpa, w zamian za co ten odwdzięczyłby się anulowaniem proklimatycznej i prośrodowiskowej polityki Joe Bidena.

Według Trumpa ów wysupłany na kampanię miliard byłby inwestycją: nie mniejszą bowiem kwotę koncerny zaoszczędzą dzięki odwołaniu szeregu podjętych przez obecną administrację decyzji. Chodzi choćby o nowe standardy emisji spalin, które miałyby popychać rynek motoryzacyjny ku sytuacji, w której – w perspektywie 2032 roku – połowę całkowitej sprzedaży aut na amerykańskim rynku stanowiłyby elektryki.

Czytaj więcej

Rosyjski eksport paliw jak w pandemii. Coraz więcej uszkodzonych rafinerii

Z kolei przedstawiciele branży gazowej – a obok prezesów ExxonMobile i Chevrona w obiedzie na Florydzie mieli uczestniczyć też szefowie firm Venture Global i Cheniere Energy – usłyszeli obietnicę anulowania „zamrożenia” eksportu LNG. – Dostaniecie to już pierwszego dnia – miał, według dziennikarzy „The Washington Post”, powiedzieć swoim współbiesiadnikom Trump. Obie branże dodatkowo mogłyby liczyć na poluzowanie polityki wydawania pozwoleń na odwierty w obszarze arktycznym oraz więcej licencji na wydobycie w basenie Zatoki Meksykańskiej.

Jazda na rekordowych zyskach

Wydawałoby się, że branże surowców kopalnych za Atlantykiem nie mają na co narzekać. „Rekordowe wydobycie. Eksport w trakcie boomu. Gwałtowny przyrost miejsc pracy. Rosnące zarobki prezesów i zyski dla udziałowców” – wyliczał kilka tygodni temu Reuters w swoim raporcie o amerykańskim przemyśle naftowo-gazowym. Wynikało z niego, że zyski obecnych na giełdach koncernów naftowych – od wspomnianych Chevrona i ExxonMobil, po BP, Shella oraz TotalEnergies – sięgnęły w ciągu trzech pierwszych lat prezydentury 410 mld dolarów. Co więcej, była to kwota dwukrotnie większa niż w ciągu trzech pierwszych lat prezydentury Trumpa. „Financial Times” szacuje, że może to być nawet trzykrotność. Codziennie amerykańskie firmy wydobywają 13 milionów baryłek ropy dziennie.

Oczywiście, w olbrzymiej mierze stało się tak za sprawą Putina: wywołanie kryzysu energetycznego jesienią 2021 roku oraz napaść na Ukrainę w lutym następnego roku posłały – zwłaszcza w pierwszym roku wojny – ceny surowców na orbitę. Nafciarze i gazownicy usłyszeli wtedy ze strony Białego Domu zachętę, by przejąć dawnych klientów Rosji w Europie oraz by stabilizować rynki energii na całym świecie – zwłaszcza, że Saudyjczycy czy Katarczycy dosyć chłodno odnieśli się do sugestii zwiększenia wydobycia. Ale zdecydowały zapewne wysokie ceny: od pewnego momentu po prostu opłacało się ponownie wznowić eksploatację starych, trudno dostępnych złóż czy szukać nowych. Im więcej czasu upływało, tym oczywistsze było, że poważniejsze inwestycje mają szansę się zwrócić. Początkowa rezerwa amerykańskich nafciarzy zmieniła się w entuzjazm.

Ameryka zaczyna coraz mocniej kusić również europejskie koncerny naftowe. Jak na początku maja spekulowała stacja CNN, Shell oraz TotalEnergies rozważają przeniesienie się z giełd w Londynie i Paryżu na Wall Street, a z kolei ich rejterada mogłaby zachęcić do podobnego kroku BP. Przeprowadzka miałaby wynikać z frustracji menedżerów europejskich firm: ich kapitalizacja jest znacznie niższa niż amerykańskich rywali, giełdowi gracze w Europie odnoszą się do nich znacznie chłodniej i z większą rezerwą niż inwestorzy z Wall Street. Generalnie, atmosfera wokół branży w Europie jest bardziej minorowa, a presja na dekarbonizację – większa. Inna sprawa, że wszystkie te koncerny są olbrzymimi graczami na swoich rodzimych rynkach – ich migracja do USA mogłaby wpędzić europejskie giełdy w niemałe kłopoty.

Czytaj więcej

Saudyjczycy szukają litu. Arabia Saudyjska chce produkować własne akumulatory

Biden, który w poprzedniej kampanii przekonywał wyborców, że czas powoli odsyłać kopaliny do lamusa, uznał najwyraźniej, że nie ma tego złego, co by się na dobre nie obróciło. „Prezydent Biden poprowadził i dostarczył najbardziej ambitną agendę klimatyczną w historii USA, przywracając Ameryce przywództwo w sprawach klimatu, zarówno na własnym gruncie, jak i na całym świecie” – odpowiadał Biały Dom na dociekania Reutersa. W tej optyce naftowo-gazowy boom był środkiem wspierającym dekarbonizację gospodarki, bo gwarantował bezpieczeństwo dostaw energii w okresie przejściowym. – „W czasie, gdy dokonywane są historyczne inwestycje potrzebne dla transformacji ku czystej energii, rekordowa produkcja ropy i gazu pomogą zabezpieczyć nasze bieżące potrzeby” – przekonywali urzędnicy.

Śmierć od tysiąca pchnięć

O ile podejście obecnej administracji można uznać za transakcyjne i tymczasowe – pozwalamy wam zarabiać, ale stopniowo robimy, co do nas należy – o tyle producenci kopalin zabiegają, by dobra passa trwała co najmniej w średnim terminie, choćby tej kolejnej czteroletniej kadencji. Stąd podnoszący się w momentach, gdy władze federalne podejmują jakąś decyzję postrzeganą jako godząca w interesy branży, lament.

– To śmierć od tysiąca pchnięć – podsumowywał na łamach „Financial Times” Steve Pruett, CEO Elevation Resources, niedużej firmy naftowej z Teksasu, która na swojej witrynie chwali się, że zajmuje się wyszukiwaniem takich stanowisk, które duże koncerny przeoczyły lub zlekceważyły. – To najgorsza prezydentura, gdy chodzi o politykę energetyczną, jaką kiedykolwiek widziałem. A siedzę w energetyce od czterdziestu lat, całą karierę – dodawał.

I tak widzi to również reszta branży, wyliczając kolejne dowody wojny wypowiedzianej jej przez Biały Dom: od ograniczeń eksploatacji łupków po wpisanie na listę gatunków chronionych małego preriokura, lokalnego gatunku cietrzewia z Teksasu. – W czasie kampanii Biden powiedział, że wykończy branżę naftową i gazową. I robi to – dowodzi w rozmowie z „FT” Stephen Robertson, wiceszef Permian Basin Petroleum Association. – Było już ponad dwieście rozmaitych działań tej administracji przeciw naszym branżom. Ani jedno z nich nie jest dla nas wyrokiem śmierci, ale w końcu nadejdzie to źdźbło, które przetrąci wielbłądowi grzbiet – opisuje obrazowo.

Trumpowskie wezwanie „drill, baby, drill” jest zatem jak miód na skołatane serca nafciarzy, którzy chcieliby zarówno odwołania decyzji administracji Bidena, jak i – po prostu – zmiany retoryki. A w tej sferze Trump z pewnością nie zawiedzie. Pytanie, oczywiście, czy na dłuższą metę uda mu się uratować interesy branży: surowce na globalnych rynkach stopniowo wracają do poziomu cenowego sprzed rosyjskiej agresji na Ukrainę. Wojna w Strefie Gazy i wynikające z niej niepokoje w akwenie Morza Czerwonego i Zatoki Perskiej w stosunkowo niewielkim stopniu uderzyły w rynki surowcowe. Wygląda też na to, że znaczna część kluczowych odbiorców kopalin na świecie zaczyna podzielać argument, że ropa czy gaz oznaczają uzależnienie od takiego czy innego dostawcy. Poziom popytu na energię zaspokojonego przez źródła odnawialne rośnie, a konsumenci mają coraz bardziej krytyczne podejście do towarów szkodzących środowisku. Perspektywy dla branży nie są zatem różowe.

Czytaj więcej

Ropa potaniała najszybciej od kwartału; wiadomo dlaczego

Ale póki co, branża chce powalczyć choćby jeszcze o cztery kolejne lata boomu – w końcu po nas choćby potop. Eksperci komentujący konfrontację między nafciarzami a Białym Domem uważają, że konflikt narasta z każdym tygodniem i wkrótce energetyka będzie najważniejszym polem wyborczego starcia Bidena i Trumpa, a ten drugi chce przejąć w tym zakresie inicjatywę. Warto jednak pamiętać, że konsekwencje tej rywalizacji dotkną praktycznie cały świat i będą punktem odniesienia dla wielu lokalnych przyjaciół i przeciwników sektora Big Oil.

„Sztuka robienia interesów” („The Art of the Deal”) to jeden z poradników, jakie przed laty napisał – lub zlecił jego napisanie – Donald Trump. I właśnie „interesem”, czy właściwie „umową”, nazwał on propozycję, jaka miała paść na niedawnym dyskretnym obiedzie w jego rezydencji Mar-a-Lago na Florydzie. Można ją sprowadzić do prostej wymiany przysług: spółki naftowe miałyby wyłożyć miliard dolarów na kampanię prezydencką Trumpa, w zamian za co ten odwdzięczyłby się anulowaniem proklimatycznej i prośrodowiskowej polityki Joe Bidena.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Surowce i Paliwa
Azoty i MOL istotnie zwiększają produkcję. Orlen też do nich dołączy
Surowce i Paliwa
Putin kopie pod Wielką Brytanią w Antarktyce. Do czego się dokopał?
Surowce i Paliwa
Wielka Brytania rzuca wyzwanie Kremlowi. Chce wyprzeć rosyjski uran z Europy
Surowce i Paliwa
Rosyjski eksport paliw jak w pandemii. Coraz więcej uszkodzonych rafinerii
Surowce i Paliwa
Orlen pod lupą. Prokuratura prowadzi ponad 20 spraw
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?