Dokładnie 8 listopada 2011 r. kanclerz Angela Merkel i prezydent Dmitrij Miedwiediew radośnie oznajmili światu, że ruszyło tłoczenie gazu gazociągiem północnym (Nord Stream) na dnie Bałtyku z Rosji do Niemiec. Rok później, wraz z uruchomieniem drugiej nitki, Rosjanie zakończyli tworzenie pierwszej trasy przesyłu bezpośredniego gazu na rynek Unii. Mogli teraz rocznie rzucać na niemiecki rynek 55 mld m3 swojego surowca.

Gaz trafiał do terminalu odbiorczego w Lubminie (Niemcy). Skąd, jak wyjaśnia Gazprom w specjalnym komunikacie rocznicowym, gaz był (i jest) kierowany do Belgii, Danii, Francji, Holandii, Wielkiej Brytanii.

Rosyjskie dane nie zgadzają się jednak z danymi obiektywnymi. Według BP taka np. Belgia w 2020 r nie kupiła w Rosji ani metra gazu rurociągowego. Holandia importowała gazociągami łącznie 38,4 mld m3 z czego najwięcej (20 mld m3 ) z Norwegii. Z Rosji było to 11,3 mld m3.

Wielka Brytania kupiła zagranicą 29,7 mld m3 gazu rurociągowego z czego z Rosji zaledwie 4,7 mld m3. Natomiast według Gazprom Export Brytyjczycy kupili 6,03 mld m3, Belgowie 2,5 mld m3. Francuzi mieli importować z Gazpromu 12,3 mld m3, podczas kiedy według BP było to zaledwie 2,6 mld m3 przy 17,6 mld m3 z Norwegii i 25,8 mld m3 całkowitego importu rurociągami.

Powstaje więc pytanie: na ile wiarygodne są dane Gazpromu? Czy rzeczywiście Nord Stream okazał się projektem opłacalnym i potrzebnym? Sami Rosjanie podają, że „w ciągu dekady gazociąg północny dostarczył do Niemiec ponad 430 miliardów metrów sześciennych gazu”. Średnia roczna - 43 mld m3 była więc o 22 procent niższa od przepustowości gazociągu (55 mld m3).

Zdarzały się lata chude, kiedy rurociąg był wypełniony w połowie (np. 2014 r - rosyjska aneksja Krymu, 2015 r - zachodnie sankcje i kilka razy tańszy LNG na wolnym rynku ), ale i lata tłuste jak choćby 2020 r, kiedy rurami po dnie Morza Bałtyckiego miało dotrzeć do Niemiec 59,5 mld m3 rosyjskiego gazu. Jednak według BP w minionym roku Niemicy importowały z Rosji 56,3 mld m3 gazu rurociągowego więc i tutaj coś się nie zgadza.

Eksperci zagraniczni jak i rosyjscy już przy budowie Nord Stream podkreślali, że inwestycja za niemal 10 mld euro będzie trudna do zwrotu. W wypadku Nord Steram 2 chórem podkreślali, że kolejne dwie rury NIGDY się nie zwrócą.

Manipulacja danymi i nakręcanie popytu w Unii przez przerwanie przesyłu gazu przez Ukrainę i Polskę pod pretekstem konieczności zapełnienia rosyjskich magazynów, to działania obliczone na jeden cel - dopuszczenie na rynek Unii kolejnych dwóch rur z rosyjskim surowcem.

Po co są kolejne rury, jeżeli istniejące nie pracują na 100 procent? Mając tylko ten jeden kanał przesyłu gazu klientom wspólnotowym, z których wielu ma jeszcze długoletnie kontrakty, Rosja może w każdej chwili stworzyć w Unii wąskie gazowe gardło z bardzo drogim gazem i szczupłymi możliwościami zaspokojenia popytu.

Chodzi więc nie o biznes, który także w świetle zmian klimatycznych i konieczności przeorientowania gospodarek, staje się coraz mniej perspektywiczny. Chodzi o to co wiele państw, w tym Polska powtarza od początku rozpoczęcia budowy Nord Stream 2 - o gazową broń.