Wielki kontrakt gazowy miał ulżyć Europie. Kończy się jednak skandalem

Szukanie alternatyw dla rosyjskich surowców to spacer po polu minowym. Jeszcze w weekend premier Włoch w towarzystwie premiera Libii pozowała do zdjęć przy okazji podpisania olbrzymiego kontraktu na dostawy gazu. Wczoraj okazało się, że z umowy nici.

Publikacja: 02.02.2023 09:32

Chalifa Haftar, generał, 29 listopada 2016 roku w Moskwie

Chalifa Haftar, generał, 29 listopada 2016 roku w Moskwie

Foto: PAP / EPA

Podpisana w sobotę umowa była na czołówkach światowych gospodarczych serwisów informacyjnych: włoski koncern Eni oraz libijska Narodowa Korporacja Naftowa (LNOC) zawarły umowę na dostawy gazu warte 8 miliardów dolarów. Premier Giorgia Meloni osobiście pofatygowała się do Trypolisu, by w towarzystwie szefów obu przedsiębiorstw oraz premiera libijskiego rządu, Abdulhamida al-Dbeibaha, dopilnować zawarcia kontraktu. A przy okazji zrobić też pamiątkową fotografię, która dokumentowałaby udział jej gabinetu w wyciąganiu Europy z surowcowego kryzysu.

Nie od razu, rzecz jasna: według komunikatu Eni, produkcja zaczęłaby się dopiero w 2026 r., kontrakt obowiązywałby przez 25 lat i obejmował ilości surowca liczone w bilionach metrów sześciennych. Szef narodowego libijskiego operatora nie zawahał się nazwać go najważniejszą inwestycją w libijskim sektorze surowcowym w ciągu ostatniego ćwierćwiecza.

Czytaj więcej

Specjaliści rzucają "brudną" pracę. Liczby robią wrażenie

Szum wywołał też, oczywiście, kąśliwe komentarze. - Pompa i ceremoniał - ucinał lapidarnie Jalel Harchaoui, analityk londyńskiego Royal United Service Institute. - Spotkanie przyniosło patetyczne nagłówki i przyciągnęło wiele uwagi. Ale jeśli chodzi o konkrety, nie wiemy, czy w ogóle do czegokolwiek doszło - komentował w rozmowie z portalem Middle East Eye.

Minister pominięty

Na wyklarowanie się sytuacji nie trzeba było długo czekać, ledwie do następnego dnia. I wtorkowy komunikat był jednoznaczny: do niczego nie doszło.

- Ta umowa jest nielegalna. Nie gwarantuje równości między stronami kontraktu, Włochami i Libią. A do tego wszystkiego została zawarta za plecami ministerstwa ropy i gazu, bez akceptacji rządu oraz przy naruszeniu porozumienia zawartego jeszcze w 2008 roku - oznajmił szef wspomnianego resortu w libijskim rządzie, Mohamed Aoun.

Z pozoru trudno wytłumaczyć, jak to się mogło stać, skoro przy podpisaniu umowy był obecny premier - zatem formalny zwierzchnik Aouna. Ale sytuacja jest dosyć prosta: w Libii funkcjonują dziś dwa rządy - w Trypolisie jest to tak zwany Rząd Jedności Narodowej, na którego czele stoi al-Dbeibah. Ale na wschodnich rubieżach, w Tobruku, funkcjonuje wybrany swego czasu parlament (skłócony z Trypolisem), który wybrał własny rząd - Rząd Stabilności Narodowej - a na jego czele postawił rok temu Fathiego Bashaghę, byłego ministra spraw wewnętrznych w latach 2018-2021 w kolejnych chwiejnych gabinetach w Trypolisie.

Czytaj więcej

Kreml szuka wyłomu w europejskim murze. "Jesteśmy gotowi wznowić dostawy"

Aoun jest jednym z kilku polityków, jakich Rząd Stabilności Narodowej desygnował do Rządu Jedności Narodowej - bo ten drugi, mimo wzajemnej niechęci, próbuje rzeczywiście reprezentować rozmaite frakcje na libijskiej scenie politycznej. Innymi słowy, Aoun jest człowiekiem Bashaghy. Problem w tym, że zarówno Bashagha, jak i urzędujący w Tobruku Parlament, to z kolei instytucje popierane i utrzymywane przez najpotężniejszego dziś w Libii watażkę - amerykański think tank Brookings Institution nazywa go "libijskim caudillo" - generała Chalifę Haftara.

Kalejdoskop bojówek

Skomplikowane? Taka jest dzisiejsza Libia: po obaleniu Muammara Kadafiego rządy w Trypolisie zmieniały się, jak w kalejdoskopie, a twarze liderów z czasów Arabskiej Wiosny kompletnie zniknęły z przestrzeni politycznej. W całym tym rozległym kraju, zamieszkanym ledwie przez 6,7 mln ludzi, wypączkowały dziesiątki paramilitarnych organizacji zbrojnych, reprezentujących kolejne aspirujące do władzy rządy, regionalne organizacje plemienne, niedobitki armii Kadafiego, dżihadystów itd. Sporą część z nich we wschodniej części kraju podporządkował sobie zbrojnie generał Haftar, w zachodniej części władze w Trypolisie kuszą zaś najsilniejsze formacje jakimś udziałem w administracji państwowej.

"Do czasu, gdy w 2018 r. przyjechałam do Libii jako zastępczyni specjalnego przedstawiciela ONZ, liczebność takich hybrydowych grup zbrojnych, po upadku Kadafiego szacowana na 30 tys. członków, wielokrotnie się zwiększyła" - dowodzi w swojej analizie dla Brookings Institution, związana z tym ośrodkiem ekspertka, Stephanie T. Williams. - "W regionie Trypolisu nieco ich ubyło, ale te, które się ostały, skonsolidowały władzę przyjmując wertykalny model działania: od biur rządowych oficjeli po młokosów z bronią na ulicach" - dodaje. Wyrywają one państwu kawałki kompetencji, od stanowisk w aparacie bezpieczeństwa, wywiadzie, więziennictwie, co łączą z działalnością o charakterze de facto mafijnym: przemytem ludzi, broni, paliw, narkotyków.

O tym, jak łatwo ta niestabilność przekłada się na funkcjonowanie państwa i branży surowcowej, może świadczyć fakt, że ledwie dzień po tym, jak Włosi i Libijczycy podpisali swój "kontrakt ćwierćwiecza" grupa młodych pracowników sektora gazowego zablokowała w ramach protestu przeciw zwolnieniom gazociąg Mellitah, wiodący z Libii do Włoch. Skoro garstka rozgoryczonych absolwentów libijskich uczelni mogła tego dokonać, nie trzeba zbytnio popuszczać wodzy fantazji, by wyobrazić sobie, co mogłaby zrobić któraś z quasi-militarnych formacji.

Czytaj więcej

Najdziwniejsza flota świata rusza Europie z pomocą

Teoretycznie, jak dowodzi krążący po Maghrebie specjalny przedstawiciel ONZ ds. Libii, Abdoulaye Bathily, chaos mogłoby zażegnać ogólnonarodowe porozumienie sił politycznych i ponowne wybory - zarówno parlamentarne, jak i prezydenckie. Szkopuł w tym, że nikomu się do nich nie spieszy: jak donosił kilka tygodni temu brytyjski dziennik "The Guardian", w 2022 r. libijscy politycy wszelkiej maści dyskretnie podnosili swoje wynagrodzenie - w sumie o 40 proc. w ciągu całego roku. Można śmiało zakładać, że uspokojenie sytuacji oznaczałoby też konieczność narzucenia sobie pewnej powściągliwości w tym zakresie.

W permanentnym chaosie

Wbrew pozorom do wybrnięcia z chaosu nie spieszy się też zanadto Zachodowi. Z dosyć prostej przyczyny: generał Haftar - jak wspomniano, patron Bashaghi, a pośrednio i ministra ropy i gazu Aouna - "cieszy się" poparciem Moskwy (oraz reżimu w Egipcie, co ma już drugorzędne znaczenie). Można luźno zakładać, że weto resortu ropy i gazu wobec kontraktu z Włochami na swój sposób potwierdza te zależności. I oznacza też, ni mniej ni więcej, że przechwycenie władzy przez "agenta Kremla" to scenariusz, w którym Europa nie będzie już miała czego szukać w Libii.

Jest ono dosyć prawdopodobne - Haftar ma zarówno możliwości militarne (jego natarcie na Trypolis na przełomie 2019 i 2020 r. trwało w sumie kilkanaście miesięcy, zostało odepchnięte tylko dzięki militarnemu zaangażowaniu Turcji, która w Libii postawiła na Rząd Jedności Narodowej), jak i pewien urok polityczny - choć na wschodzie kraju rządzi w stylu dyktatorskim, to jednak przyniósł też w znacznej mierze stabilność wymęczonym ciągłą wojną Libijczykom z Cyrenajki.

Najbardziej realny dla Libii scenariusz to dzisiaj kolejne odsłony chaosu, które będą napędzane zarówno przez aktorów rodzimych, jak i zagranicznych. Dla pogrążonej w konfrontacji z Rosją Europy oznacza to jednak, że ten przebogaty w ropę i gaz kraj nie stanie się w przewidywanej perspektywie surowcowym zapleczem. Zresztą, po kompromitacji premier Meloni mało kto zapewne będzie chciał zaryzykować podobny blamaż.

Energianews
Achillesowa pięta systemu dostaw ropy w ogniu. Czy szykuje się kolejny konflikt?
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Energianews
Saudyjczycy chcą po cichu podkręcać na świecie popyt na ropę i paliwa kopalne
Energianews
Niemożliwe staje się faktem. Hiszpanie już w tym roku pobiją energetyczny rekord
Energianews
W energetyce kiełkuje zielona rewolucja. Rynek pracy zmieni się nie do poznania
Energianews
Paweł Ruszkowski: Nowy gracz w polskiej energetyce