Nie utknąć w łupkowej poczekalni

Jeśli Polska nie zaoferuje konkurencyjnych warunków dla poszukiwań gazu łupkowego i jego późniejszej eksploatacji, będziemy musieli poczekać na swoją kolej w łupkowym wyścigu - pisze Bartosz Wiśniewski, analityk w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych

Publikacja: 07.03.2013 13:08

Polska uchodzi dziś za europejskiego prymusa w dziedzinie poszukiwań i badania potencjału gazu łupkowego. Najdobitniej świadczą o tym liczby: przyznanych koncesji, wykonanych i planowanych odwiertów poszukiwawczych (dotychczas czterdzieści, choć w zaledwie kilku osiągnięto etap wiercenia poziomego, stanowiącego istotę eksploatacji tego rodzaju złóż) czy przeprowadzonych zabiegów szczelinowania skał łupkowych.

Swoje zrobiły również dane dotyczące zasobności polskich łupków w gaz, nawet jeśli jeszcze mocno orientacyjne, i wymagające dalszych badań. Wystarczyły do rozbudzenia zainteresowania ze strony światowych tuzów branży wydobywczej. Firmy te najpierw rozhuśtały boom łupkowy w Ameryce Północnej, by następnie zacząć rozglądać się za nowymi kierunkami ekspansji. A skoro zainteresowały się Polską, to perspektywa własnej (nawet skromniejszej) wersji tego sukcesu nabrała całkiem realnych kształtów. Bez wątpienia pomógł przychylny klimat polityczny, i choć eksperci oraz firmy wydobywcze konsekwentnie tonują optymizm, to przywykliśmy do myślenia o Polsce jako o łupkowym liderze.

Sęk w tym, że nie jesteśmy nawet w połowie drogi do najbliższego "punktu kontrolnego", którym będzie raport Państwowego Instytutu Geologicznego. Podstawą dla raportu mają być dane z ok. 100 odwiertów – tyle ma wystarczyć do weryfikacji polskiego potencjału łupkowego i prognoz bardziej miarodajnych niż dotychczasowe (wiosną ubiegłego roku PIG ocenił polskie złoża łupkowe na 350 do 790 mld m

3

gazu).

To scenariusz optymistyczny. Ostrożniej do sprawy podchodzą same firmy wydobywcze, które zapowiadają, że pełniejszy obraz sytuacji uzyskamy po przeprowadzeniu przynajmniej 270 odwiertów, bo do tylu łącznie zobowiązali się właściciele koncesji poszukiwawczych. Teraz najbardziej potrzeba więc czasu, i nakładów, bo jeden odwiert to koszt kilkunastu milionów dolarów, swoje kosztuje też szczelinowanie, oraz późniejsza analiza danych. Niestety, niebawem i czasu, i pieniędzy może zacząć brakować, a Polska będzie musiała poczekać na swoją łupkową szansę.

Dlaczego? Zostawmy na boku złowróżbny rosyjski lobbing czy zakusy Brukseli na przykręcenie nam śruby regulacji środowiskowych, bo wyzwanie jest o wiele bardziej prozaiczne. O to, gdzie trafi kapitał inwestycyjny, którym dysponują firmy wydobywcze, trwa ostra konkurencja. To samo dotyczy wykwalifikowanych załóg oraz specjalistycznego sprzętu. Łupkowy know-how, który był latami gromadzony w Ameryce Północnej, i bez którego nie byłby możliwy sukces tej branży, naprawdę "robi różnicę". Bez niego trudniej o wiarygodne (i szybkie!) oceny atrakcyjności konkretnego złoża, a jeśli stawką mają być wielomiliardowe inwestycje, to dane geologiczne muszą zawierać jak najmniejszy margines niepewności.

Tymczasem pogoń za łupkami ruszyła na wszystkich kontynentach, czytaj: zwiększa się popyt na całe spektrum usług badawczych i poszukiwawczych. Chińczycy mierzą w skalę wydobycia porównywalną z całą Ameryką Północną, i to w perspektywie końca obecnej dekady. Zresztą to właśnie Chiny boleśnie przekonały się o tym co znaczy brak doświadczenia w zagospodarowaniu niekonwencjonalnych złóż gazu. Wywiercenie pierwszego odwiertu – bez pomocy z zewnątrz – zajęło im rok, i zakończyło się klapą. Dopiero ta lekcja skłoniła chińskie władze do zorganizowania półotwartych przetargów na koncesje poszukiwawcze i wydobywcze (w każdym pozwoleniu swój udział musi mieć jeden z chińskich koncernów państwowych) oraz do przejmowania spółek amerykańskich i kanadyjskich. Wszystko po to, aby uczyć się łupkowego abecadła.

Gazu łupkowego będzie też szukać Algieria, już dziś trzeci co do wielkości dostawca gazu do Europy. Do poszukiwań w Argentynie przygotowują się koncerny niemieckie, a prawdziwym hitem była ubiegłoroczna wizyta w Buenos Aires szefa Gazpromu, Aleksieja Millera. Tym razem nie powątpiewał on w to, czy wydobycie gaz łupkowego nie szkodzi środowisku, lecz sfinalizował porozumienie o zaangażowaniu inwestycyjnym rosyjskiego giganta w badania argentyńskich łupków.

Wreszcie na ostatnim szczycie w Davos przedstawiciele ukraińskich władz oraz koncernu Shell podpisali porozumienie dotyczące warunków poszukiwań i eksploatacji złóż na Ukrainie. Wartość inwestycji, do których zobowiązał się Shell w razie ustalenia wielkości ukraińskiego potencjału i stwierdzenia opłacalności wydobycia (strony dały sobie pięć lat na dokonanie tej oceny) to, bagatela, 10 mld dolarów. Wiemy, co skusiło brytyjsko-holenderskiego potentata – obietnica zwolnienia z większości obciążeń podatkowych, i perspektywa korzystnego podziału zysków z wydobytego gazu. To miara determinacji Ukraińców. W zamian Shell zgodził się podjąć ryzyko związane z poszukiwaniami.

Oczywiście, nie wszystkie projekty wypalą. W planach koncernów zawsze jest miejsce na zaangażowanie nawet w pozornie mniej perspektywiczne przedsięwzięcia. Międzynarodowe zainteresowanie łupkami osiągnęło już jednak taką skalę, że czymś naturalnym staje się swoista selekcja rejonów zaangażowania.

Taki sens miała głośna decyzja ExxonMobil z ubiegłego lata o rezygnacji z polskich koncesji. Krok, który nie mógł wyhamować poszukiwań, ale powinien skłaniać do globalnej refleksji nad fenomenem łupków, i wyciągnięcia dość oczywistego wniosku: jeśli nie będziemy w stanie stworzyć odpowiednio atrakcyjnych warunków dla poszukiwań, inne (potencjalne) obszary występowania gazu "wyssają" pieniądze, ludzi i sprzęt. A bez tego trudniej będzie nie tylko rozwinąć wydobycie, ale wręcz stwierdzić – w oparciu o racjonalne przesłanki – czy łupki nam się w ogóle opłacą!

Przesada? W poszukiwania inwestują przecież polskie firmy z udziałem Skarbu Państwa, i to one należą do największych koncesjonariuszy, z aktywami w najbardziej obiecujących rejonach. Prędzej czy później zgromadzą więc wystarczający materiał do potwierdzenia (lub obalenia) tezy o atrakcyjności wydobycia z polskich złóż, a wtedy nie trzeba będzie długo czekać np. na powrót Exxona, zwabionego perspektywą dobrego interesu.

Należałoby jednak zadać sobie pytanie co leży w polskim interesie dzisiaj, kiedy nie mamy jeszcze pełnego obrazu sytuacji, a zależy nam na tym aby pozostać w łupkowej awangardzie: angażowanie bądź co bądź publicznych pieniędzy w dość ryzykowną działalność, postawienie na doświadczenie z zewnątrz, czy umiejętne połączenie obydwu elementów? Na to, jakie ograniczenia wiążą się z pierwszą opcją, mogą wskazywać opóźnienia w rozmowach pięciu polskich spółek energetycznych w sprawie wspólnego finansowania prac poszukiwawczych na Pomorzu.

Co znaczy trafić do łupkowej poczekalni przekonały się władze kanadyjskiej prowincji Alberta. Dziś jest to piąty co do wielkości rejon wydobycia gazu łupkowego na świecie, a w ostatnich dwóch latach do tamtejszego sektora gazu napłynęły miliardowe inwestycje. To również kolebka kanadyjskiej branży wydobywczej. Z Alberty pochodzi 80 proc. wydobywanej w Kanadzie ropy naftowej, a przemysł wydobywczy jest kołem zamachowym gospodarki tej prowincji i najważniejszym kontrybutorem do budżetu federalnego. Władze prowincji spodziewają się tylko w tym roku dwunastu tysięcy (sic!) nowych odwiertów.

Ale między 2007 a 2009 rokiem działalność poszukiwawcza praktycznie zamarła. Powodem były błędy w sposobie wprowadzania nowych regulacji, a ściślej: podniesienie opłat eksploatacyjnych do poziomu, przy którym nie opłacało się inwestować w poszukiwania, i nieumiejętność dostosowania przepisów do specyfiki działalności na niekonwencjonalnych złożach węglowodorów. Władze Alberty nie zaproponowały atrakcyjnego sposobu na zagospodarowanie potencjału łupkowego, swoje zrobił też nadciągający kryzys. Koncerny wydobywcze przeniosły działalność do sąsiedniej Kolumbii Brytyjskiej.

Ostatecznie Alberta potrafiła odbudować zaufanie inwestorów, ale nie załapała się na pierwszą falę "łupkowej rewolucji". Projektując własne przepisy regulujące działalność branży łupkowej, warto mieć na uwadze również takie północnoamerykańskie doświadczenia, i traktować je jako przestrogę.

Polska uchodzi dziś za europejskiego prymusa w dziedzinie poszukiwań i badania potencjału gazu łupkowego. Najdobitniej świadczą o tym liczby: przyznanych koncesji, wykonanych i planowanych odwiertów poszukiwawczych (dotychczas czterdzieści, choć w zaledwie kilku osiągnięto etap wiercenia poziomego, stanowiącego istotę eksploatacji tego rodzaju złóż) czy przeprowadzonych zabiegów szczelinowania skał łupkowych.

Swoje zrobiły również dane dotyczące zasobności polskich łupków w gaz, nawet jeśli jeszcze mocno orientacyjne, i wymagające dalszych badań. Wystarczyły do rozbudzenia zainteresowania ze strony światowych tuzów branży wydobywczej. Firmy te najpierw rozhuśtały boom łupkowy w Ameryce Północnej, by następnie zacząć rozglądać się za nowymi kierunkami ekspansji. A skoro zainteresowały się Polską, to perspektywa własnej (nawet skromniejszej) wersji tego sukcesu nabrała całkiem realnych kształtów. Bez wątpienia pomógł przychylny klimat polityczny, i choć eksperci oraz firmy wydobywcze konsekwentnie tonują optymizm, to przywykliśmy do myślenia o Polsce jako o łupkowym liderze.

Pozostało 87% artykułu
Energetyka
Przyszły rząd odkrywa karty w energetyce
Energetyka
Dziennikarz „Rzeczpospolitej” i „Parkietu” najlepszym dziennikarzem w branży energetycznej
Energetyka
Niemieckie domy czeka rewolucja. Rząd w Berlinie decyduje się na radykalny zakaz
Energetyka
Famur o próbie wrogiego przejęcia: Rosyjska firma skazana na straty, kazachska nie
Energetyka
Rosyjski szantaż w Famurze. Chcą odkupić udziały warte 70 mln zł za 1 tys. euro
Materiał Promocyjny
Jakie technologie czy też narzędzia wspierają transformację cyfrową biznesu?