Ekologia i energooszczędność nie są tanie. Analitycy banku ING na swoich stronach internetowych szacują, że – abstrahując od kosztów zakupu działki – za tradycyjny dom o powierzchni od 90 do 120 mkw. przyszłoby nam zapłacić od 250 do 300 tys. złotych. Im bardziej nowoczesny i oszczędny budynek chcielibyśmy sobie sprawić, tym więcej zapłacimy: dom zasługujący na miano energooszczędnego będzie nas kosztować od 330 do 390 tys. zł; dom pasywny – co najmniej 430 tys. zł (metraż analogiczny do wyżej wspomnianego).

Zasadnicza różnica między wyliczonymi tu domami to zapotrzebowanie na energię cieplną, które – rzecz jasna – jest wartością policzalną. W tradycyjnym domu sięga ono 120 kWh na mkw. rocznie. W domu energooszczędnym jest to już próg 70 kWh/mkw. rocznie. W domu pasywnym zużyjemy 15 kWh/mkw. rocznie. – W przypadku domów energooszczędnych lub pasywnych, gdzie koszty związane z ograniczeniem zużycia energii nie przekroczyły 20 proc. kosztów budowy, inwestycja zwraca się już po 10–14 latach – szacują analitycy.

– W przeciwieństwie do deweloperów, którzy budują dom, by go sprzedać, ja wiem, że będę w nim mieszkać przez te 10 czy 20 lat, może nawet całe życie – kwitowała w rozmowie z „Rzeczpospolitą" Alicja Kuczera, dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego PLGBC.

– Jeżeli muszę dołożyć np. do systemu mechanicznej wentylacji, to zdaję sobie sprawę z dodatkowego kosztu, ale mogę go też przeliczyć na oszczędności energii i niższe rachunki przez szereg lat – przekonywała.

Programy rządowe

Jeszcze kilka lat temu przy budowie domu energooszczędnego lub pasywnego można było skorzystać ze wsparcia Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Kwoty były niebagatelne, kilkudziesięciotysięczne w przypadku domów i kilkunasto- w przypadku mieszkań w takich domach (w formule dopłat do kredytów). Niestety, takie dofinansowanie zostało zlikwidowane w 2016 r. Fundusz skasował ten program, tłumacząc to niewielkim zainteresowaniem osób inwestujących w swoje przyszłe gniazdko (a jednocześnie podkreślając, że program przyczynił się do popularyzacji idei ekologicznego budownictwa).

Dziś nie skorzystamy też przy budowie domu z dotacji na wymianę źródeł ciepła i termomodernizację w ramach programu „Czyste powietrze". Dofinansowanie to zostało ograniczone do już istniejących budynków (co jednak może oznaczać, że można skorzystać z tych środków w sytuacji, gdy planujemy rozbudowę istniejącego budynku). Nie obejmie budynku, który budowaliśmy my lub nasi krewni od lat i nie nastąpił jeszcze jego odbiór. Dotacja sięga 30 tys. zł w podstawowym poziomie dofinansowania i 37 tys. zł w podwyższonym. Po mało dynamicznym starcie program nabiera impetu: pod koniec sierpnia liczbę wniosków złożonych w programie szacowano na 300 tys., a ich łączna wartość wyniosła ponad 5 mld zł. Z tego wypłacono już ponad 2 mld zł.

Trzeba tu dodać jeszcze ulgę termomodernizacyjną: kto poniósł koszty modyfikacji przyczyniających się do spadku zużycia energii elektrycznej, może odliczyć od podatku do 53 tys. zł (dla małżonków-współwłaścicieli nieruchomości jest to dwukrotność tej kwoty).

Dodatkowym istotnym źródłem dofinansowania inwestycji we własną nieruchomość jest program „Mój prąd". Tu warto się spieszyć: początkowy pułap dotacji (5000 zł) został obniżony (do 3000 zł). Jednak uzyskanie dofinansowania z tego rządowego programu wymaga uprzedniego sfinansowania całości inwestycji i podpisania umowy z dystrybutorem energii. Moc instalacji nie może przekraczać 2–10 kW (rozbudowa istniejących instalacji PV nie wchodzi w grę) i uzyskana energia ma być spożytkowana na cele mieszkaniowe. Bardzo ważnym elementem, jaki może pojawić się w odsłonie programu, nazywanej powszechnie „moim prądem 4.0", będzie dofinansowanie zakupu przydomowego magazynu energii. Ten element instalacji może się okazać prawdziwym kamieniem milowym w rozwoju fotowoltaiki i uniezależnianiu się od rynkowych cen energii.

5 tysięcy złotych można też uzyskać z programu „Moja woda" na przydomowe instalacje zatrzymujące wody opadowe i roztopowe. To już druga odsłona programu: z pierwszej skorzystało zapewne około 25 tysięcy gospodarstw domowych. Tyle bowiem wniosków, o łącznej wartości ponad 100 mln złotych, złożono. W uruchomionym w marcu naborze wojewódzkie fundusze ochrony środowiska chcą rozdać kolejne 100 milionów na następne 20 tys. instalacji montowanych przy domach jednorodzinnych.

Samorządy i banki

Kolejnym krokiem – dla wielu właścicieli nieruchomości zapewne bardziej owocnym – może być sprawdzenie możliwości dofinansowania budowy ze środków oferowanych przez lokalne władze samorządowe.

Przykład? Warszawa do likwidacji kopciuchów chce dokładać nawet do 90 proc. poniesionych kosztów. Zaś na całym Mazowszu można też korzystać z funduszy unijnych pochodzących z Regionalnego Programu Operacyjnego na instalację OZE – w tym przypadku chodzi przede wszystkim o fotowoltaikę.

Regionalne Programy Operacyjne to zresztą niejedyne takie źródło dopłat. Środki na modernizację źródeł ciepła, a w szczególności pomp ciepła, można też znaleźć w Programie Rozwoju Obszarów Wiejskich, Funduszu Termomodernizacji i Remontów (z jego środków samorządy dotują np. wymianę okien) czy lokalnych programach antysmogowych. Bywa, że wsparcie przybiera postać nisko oprocentowanych pożyczek czy preferencyjnych kredytów. Prężnie rozwija się choćby realizowany w Poznaniu czy Wrocławiu program „Kawka bis", skoncentrowany na wymianie źródeł ciepła. W Poznaniu wysokość dotacji wynosi tu 100 proc. kosztów kwalifikowanych, w przypadku pomp ciepła maksymalny limit na lokal wynosi 15 tys. zł. We Wrocławiu analogiczny pułap odnosi się do wszystkich nowych źródeł ciepła.

W skali mikro wsparciem mogą też służyć co bardziej dynamicznie działające spółdzielnie mieszkaniowe. – Do końca 2019 r. dofinansowano zakup 40 914 okien – liczy na swoich stronach Fordońska Spółdzielnia Mieszkaniowa w Bydgoszczy. W jej przypadku wartość dofinansowania uzależniono od wartości współczynnika przenikania ciepła określonego dla całego okna. Im mniej ciepła nam ucieka, tym większa pomoc.

Na koniec warto również pamiętać o tym, że do gry o ekologiczne budownictwo stopniowo włączają się gracze i inwestorzy biznesowi. Niektóre banki już kilka lat temu wprowadziły do swojej oferty promocyjne kredyty hipoteczne na budowę ekologicznych budynków. Takie kredyty są zazwyczaj oprocentowane w bardziej preferencyjny sposób niż tradycyjne.

Ciekawą formułą – w Polsce jeszcze niezbyt rozpowszechnioną, choć to zapewne kwestia czasu – jest finansowanie ESCO (Energy Saving Company). Zakłada ono pozyskanie środków na nasz dom lub bezpośrednią inwestycję spółki ESCO w jego modernizację: inwestor finansuje modernizację lub budowę ekologicznego budynku w zamian za udział w uzyskanych w wyniku budowy lub przebudowy oszczędnościach. Oznacza to z jednej strony, że przez pewien czas wydajemy pieniądze tak, jakbyśmy mieszkali w tradycyjnym domu i płacili „zwykłe" rachunki. Korzyść polega na tym, że nie musimy pożyczać czy mobilizować środków na proekologiczne instalacje w domu. Inwestor ESCO bierze na siebie też ryzyko związane z potencjalnymi problemami instalacji – jeżeli ona nie działa, nie spłacamy jej.