Wraz z eskalacją wojny w Ukrainie pojawiają się sugestie zaostrzenia sankcji wobec Rosji. Kijów apeluje o embargo na rosyjską energię, bo tylko ono naprawdę zaboli Rosję: wpływy ze sprzedaży gazu czy ropy to teraz dla Rosji „linia życia”. Ale to, co bardzo zaboli Rosję, silnie uderzy też w UE, dlatego wiele państw europejskich do tej pory wstrzymywało się z poparciem dla takich restrykcji. Z państw zachodnich wprowadziła je Kanada, teraz rozważają taki ruch USA i chcą do tego namówić Europę. Bo żeby sankcje były naprawdę dotkliwe, musi je wprowadzić Unia, która jest głównym klientem Gazpromu i kupuje także dużo rosyjskiej ropy (27 proc. swojego importu) oraz węgla (47 proc.).

– Podczas gdy embarga tych krajów (Kanady i USA – red.) miałyby głównie charakter symboliczny, biorąc pod uwagę ich stosunkowo niski import ropy z Rosji, europejskie embargo na cały import rosyjskiej energii stanowiłoby jeden z najbardziej znaczących wstrząsów w historii rynków energetycznych – mówi „Rzeczpospolitej” Simone Tagliapietra, ekspert think tanku Bruegel. – Byłoby też poważnym testem dla europejskiej gospodarki i społeczeństwa, zagrażając jej „pokojowi społecznemu”, jak niedawno oświadczył niemiecki minister ds. energii i klimatu Habeck.

Biorąc pod wagę taki scenariusz, sankcje muszą być starannie przygotowane i wykonane we współpracy z innymi partnerami, zwłaszcza z Ameryki Północnej. – Taki transatlantycki pakt energetyczny powinien obejmować działania dotyczące co najmniej trzech głównych paliw: ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla – dodaje Tagliapietra.

Takie przygotowania trwają już od wielu tygodni: UE znacząco zwiększyła ostatnio import gazu w formie LNG, negocjuje także – z pomocą USA – możliwość zmiany tras dostaw zakontraktowanych przez innych światowych odbiorców, jak Japonia czy Korea Południowa, w razie odcięcia rosyjskiego importu. Ale to wystarczy na krótko. – Do końca okresu zimowego jesteśmy bezpieczni – powiedział Tim McPhie, rzecznik KE.

To i tak dobrze, bo poprzednie kryzysy energetyczne, gdy Rosja odcięła tranzyt gazu przez Ukrainę, zdarzyły się w środku srogiej zimy. Teraz UE raczej nie groziłoby wyłączanie ogrzewania w szpitalach i szkołach, także dlatego, że ostatnio powstało wiele łączników między państwami UE i bardzo rozwinął się import LNG. Kraje mniej uzależnione od gazu rosyjskiego mogłyby ratować te uzależnione bardziej, a więc głównie Polskę, Bułgarię, Słowację, Słowenię, Niemcy, Włochy i Austrię.

Co potem? Trzeba trwale dywersyfikować dostawy energii z dala od Rosji, inwestować w źrodła odnawialne i efektywność energetyczną – te punkty będzie zawierała strategia, którą Komisja Europejska zaprezentuje we wtorek.

Na krótką metę trzeba będzie uciec się do oszczędzania energii. Bo nie da się w szybkim czasie znacząco zwiększyć dostaw gazu z innych kierunków. Zaopatrująca Hiszpanię Algieria potrzebuje czasu i inwestycji, żeby zwiększyć podaż. Podobnie nie jest w stanie tego robić Norwegia czy Katar, który jest jednym z głównych obok Rosji i USA dostawcą gazu w formie LNG.

Ponadto do odbioru potrzebne są terminale LNG, których w UE jest za mało wobec planowanych potrzeb. Znaczące inwestycje zapowiadają Niemcy, ale budowa takich portów zajmuje czas. W średnim terminie rozwiązaniem mogą być pływające małe terminale, tzw. FSRU. – Jest ich sporo i można je wynająć w mniej niż dziewięć miesięcy – mówi Tagliapietra.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM