W trakcie swojej kampanii wyborczej Prezydent Biden obiecał agresywną politykę na rzecz redukcji emisji i adaptacji do zmian klimatu. Bez stanowczego działania ze strony Stanów Zjednoczonych i Chin, dwóch największych emitentów gazów cieplarnianych na świecie, świat nie poradzi sobie ze stojącym przed nami wyzwaniem. Sprawdźmy zatem, co dzieje się w tym obszarze w Waszyngtonie po 7 miesiącach od objęcia prezydentury przez Josepha Bidena.

""

AFP

energia.rp.pl

Na arenie międzynarodowej Biden posprzątał po poprzedniku na tyle, na ile to teraz możliwe – Stany Zjednoczone wróciły do Porozumienia Paryskiego oraz zorganizowały Klimatyczny Szczyt Liderów, na którym ogłoszono nowy amerykański cel redukcyjny: 50-52% redukcji do 2030 roku względem roku 2005. Realizacja tego celu zależy oczywiście od tego, jakie środki regulacyjno-prawne zostaną wprowadzone na amerykańskiej scenie krajowej. Już w styczniu Prezydent Biden podpisał serię proklimatycznych dyrektyw pod szyldem tworzenia nowych miejsc pracy, zrezygnował z eksploatacji ropy z kanadyjskich piasków bitumicznych, poinstruował agencje federalne, żeby przywrócono regulacje proklimatyczne z czasów administracji Obamy i zobowiązał urzędników państwowych do raportowania ryzyka, jakie postępujące zmiany klimatyczne stwarzają dla aktywów federalnych i dochodu z podatków. Duże obszary wschodniego i zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych zostały otwarte pod budowę morskich farm wiatrowych. Kongres przywrócił także regulacje prezydenta Obamy w zakresie kontroli wycieku metanu. Na początku sierpnia Biden ogłosił nowe przepisy w zakresie standardów zużycia paliwa, które potencjalnie, pomimo dużego oporu branży, mogą przyspieszyć transformację przemysłu samochodowego w kierunku pojazdów elektrycznych. Połowa nowych samochodów sprzedawanych w 2030 roku ma mieć napęd elektryczny.

Jednak kluczowym dla osiągnięcia celów redukcyjnych deklarowanych na scenie międzynarodowej jest to, co stanie się z założeniami oryginalnego Planu Infrastrukturalnego Prezydenta Bidena. W ostatnim tygodniu lipca amerykański Senat przyjął mocno okrojony Plan Infrastrukturalny zredukowany z 2,6 biliona (ang. 2,6 trillion USD) do 550 miliardów dolarów (ang. 550 bilion USD). Republikanie zostawili tylko ⅕ zapisów z oryginalnego dokumentu. Plan przyjęty przez Senat skupia się na wydatkach na transport oraz sprzątaniu i rewitalizacji terenów zanieczyszczonych, ale np. redukuje z 157 do 15 miliardów dolarów wydatki na samochody elektryczne. Co istotne, eliminuje on zupełnie wydatki na innowacyjność, budynki i zachęty podatkowe w kierunki energii odnawialnej. Entuzjaści przyjętego Planu mówią, że skupia się on tylko na kluczowej infrastrukturze, a jego krytycy mówią, że niewiele robi dla drastycznej i tak potrzebnej redukcji emisji. Nie ma w nim bowiem zapisów o wprowadzeniu standardu dotyczącego czystej elektryczności – kluczowego dla transformacji branży elektroenergetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii. Nie ma w nim też 363 miliardów dolarów na zachęty podatkowe dla czystej energii. Pozostało ich w tym dokumencie zero.

""

energia.rp.pl

W Partii Demokratycznej słychać głosy, że Plan nie jest wystarczająco ambitny. Demokraci wciąż mają nadzieję na przyjęcie propozycji wyciętych z Planu na oddzielnej ścieżce – w procesie budżetowym, który nie wymaga większości kwalifikowanej i związanego z tym republikańskiego poparcia. Prezydent Biden zapowiedział, że znajdzie inną drogę wprowadzenia postulatów wyciętych przez Republikanów z oryginalnej propozycji, w tym standardów dotyczących czystej energii. Jeżeli Stany Zjednoczone chcą osiągnąć zadeklarowany cel redukcji emisji o 50-52% do 2030 roku (rok bazowy 2005) to główne uderzenie regulacji musi pójść w stronę sektora elektroenergetycznego oraz sektora transportu. Przy braku takich rozwiązań w domowym porządku prawnym, USA nie będą pewne tego, że osiągną swój cel redukcyjny zadeklarowany w kwietniu, a co za tym idzie nie będą mogły efektywnie wywierać presji w negocjacjach globalnych na największych gospodarkach rozwijających się. Świat płonie i jest zalewany. Naukowcy ogłosili, że tegoroczne ekstremalne fale gorąca nie byłyby możliwe bez zmian klimatycznych spowodowanych przez człowieka. Tymczasem do COP 26 w Glasgow zostało już tylko trzy miesiące. Na tej konferencji światowi liderzy mają ogłosić kolejną rundę celów redukcyjnych swoich krajów. Miejmy żarliwą nadzieję, szczególnie w kontekście nowego, alarmującego raportu IPCC, że będę one na miarę wyzwania.

""

Katarzyna Snyder, współpracowniczka Instytutu Zielonej Gospodarki

energia.rp.pl