Od kilkunastu lat było wiadomo, że wszyscy Polacy kiedyś zapłacą za zbyt skarbonizowaną energetykę. Kolejne rządy sądziły, że jakimś cudem unikną drastycznych podwyżek prądu. Ulga się skończyła, miecz Damoklesa właśnie uderza.
Urząd Regulacji Energetyki, który zatwierdza taryfy dla odbiorców indywidualnych, poinformuje za kilka dni, o ile zdrożeje energia elektryczna od 2020 roku. Zapewne będzie to w przedziale 10–15 proc. Z jednej strony ma to uwzględnić rosnące ceny uprawnień do emisji CO2 i wyjątkowo drogi w Polsce węgiel – te koszty wzięły na siebie zakłady energetyczne. Z drugiej strony regulator stara się spłaszczyć ten wzrost dla klientów indywidualnych. Drogi prąd nakręci spiralę podwyżek, bo gdy firmy, które też korzystały z ochronnego parasola przez ostatni rok, zaczną otrzymywać wyższe rachunki za energię, przerzucą te koszty na klientów, czyli nas.
Dlaczego prąd drożeje? Bo od czasu wejścia Polski do UE kolejne rządy, zamiast zmniejszać udział węgla w energetyce, utrzymywały jego wysoki poziom. 2004 rok jest ważny, bo wówczas jako świeży członek UE byliśmy świadomi tego, że Bruksela w kolejnych latach będzie chciała zmniejszać wysoką emisję dwutlenku węgla w energetyce i powstanie system handlu emisjami, którego celem będzie premiowanie zazieleniania energetyki i karanie państw za braki w reformach. Rząd Donalda Tuska co prawda nie chciał reform w górnictwie i wybierał spokój, ale trzeba przyznać, że ostatecznie dał przyzwolenie na rozwój energetyki wiatrowej, dzięki czemu do końca 2015 r. było prawie 5 gigawatów z odnawialnych źródeł energii. Rządy PiS nie dość, że zablokowały rozwój energetyki wiatrowej ustawą odległościową, to jeszcze postawiły na rozwój górnictwa, pompując ze spółek Skarbu Państwa miliardy złotych w nieefektywny sektor.