W poniedziałek prezes Gazpromu Miller poleciał do Turkmenistanu, by z tamtejszym prezydentem omówić „sprawy współpracy energetycznej”. Tyle oficjalnie. Nieoficjalnie Miller został wysłany przez Kreml, by uniemożliwić większe zaangażowanie Turkmenistanu na rynku gazu.

Uboga była sowiecka republika ma czwarte zasoby gazu na świecie. Jest największym dostawą gazu do Chin, ale może też wesprzeć Unię w jej działaniach, na rzecz rezygnacji z rosyjskich surowców. Poprzez Azerbejdżan (Południowy Korytarz Gazowy, PKG), turkmeński gaz już dziś może zasilać Europę. Unia deklaruje też wsparcie finansowe dla budowy bezpośredniego połączenia złóż Turkmenistanu z PKG.

Wszystko to jest pilnie obserwowane przez rosyjski reżim. Sposobów nacisku jest wiele. Jeżeli Turkmenistan pozostanie sam w tej sytuacji, to może znów znaleźć się na rosyjskiej orbicie.

Czytaj więcej

Gazprom odcina francuską Engie od gazu

Do stycznia 2016 r. Rosja była ważnym rynkiem eksportu turkmeńskiego gazu. Eksport w latach 2010-2014 wynosił około 10-11 mld m3. Stosunki między Turkmengazem a Gazpromem pogorszyły się w latach 2014 i 2015. Aszchabad zarzucał Moskwie, że kupuje turkmeński gaz za bezcen. Sprawa trafiła do sądu arbitrażowego w Sztokholmie, ale w 2016 roku została zawieszona.

Gazprom w 2016 r. całkowicie zaprzestał zakupów, twierdząc, że nie są już opłacalne. W 2019 r. wrócił na turkmeński rynek z pięcioletnią umową zakupu 5,5 mld m3 gazu rocznie. Umowa obowiązuje do czerwca 2024 r.

Nie jest wykluczone, że teraz Miller na polecenie Kremla próbuje „przekonać” turkmeńskie władze, by zgodziły się zwiększyć eksport do Rosji o wielkość, która uniemożliwiłaby Unii zakupy gazu z Turkmenistanu.

I to nie ważne, że Gazprom redukuje własne wydobycie, ma całkowicie zapełnione magazyny, a wciąż posiada nadmiar surowca, z którym nie wie, co robić, więc go spala, marnotrawiąc i zanieczyszczając środowisko.