Decyzja Siemensa opóźnia rozpoczęcie pracy pierwszego reaktora w elektrowni Akkuyu. Nie wiadomo, na jak długo. Zgodnie z kontraktem uruchomienie pierwszego reaktora elektrowni miało nastąpić w 2023 roku. Już wcześniej jednak ten termin został przesunięty o rok. Pozostałe reaktory powinny zostać oddane do użytku do końca 2028 roku. Elektrownia ma mieć 4,8 GW mocy, wytwarzane przez cztery reaktory rosyjskie WWER-1200/509.
Czy Chińczycy zastąpią Siemensa?
– Uruchomienie pierwszej tureckiej elektrowni jądrowej Akkuyu zostało odłożone, ponieważ niemiecki koncern Siemens Energy nie dostarczył kluczowego wyposażenia elektrycznego, co zmusiło budowniczego elektrowni, rosyjski Rosatom, do szukania alternatywy w Chinach – powiedział w środę turecki minister energetyki Alparslan Bayraktar tureckiej agencji Anadolu. Minister dodał, że Turcja może rozważyć nałożenie kar finansowych na Siemens Energy, a decyzja ta „prawdopodobnie ma związek z zachodnimi sankcjami wobec Rosji”.
Czytaj więcej
Koniec z tanią ropą dla prorosyjskiego rządu Węgier. Objęty ukraińskimi sankcjami Łukoil w październiku wznowi dostawy ropy na Słowację i Węgry. Ws...
Rzecznik Siemens Energy potwierdził agencji Reuters, że część sprzętu nie została dostarczona do Turcji ze względu na „niemieckie przepisy eksportowe”. Turcy widzą to inaczej.
„To decyzja polityczna w sprawie, która nie podlega sankcjom międzynarodowym, problemom finansowym ani prawnym i nie nastąpił postęp pomimo dyskusji na najwyższym szczeblu” – powiedział Bayraktar. Przyznał, że inwestycja jest już opóźniona o „wiele miesięcy”. Ostrzegł, że Siemens, który ma duże inwestycje w Turcji, może „za to zapłacić”.
Według tureckiego ministra Rosatom zawarł już umowy z chińskimi firmami na produkcję potrzebnych części. Urzędnik nie podał nazw tych chińskich firm, które miałyby je wyprodukować, ani terminów realizacji. Rosjanie także nabrali wody w usta.
Elektrownia turecka czy rosyjska?
Kontrakt na budowę Akkuyu Rosja i Turcja podpisały w 2010 r. i był to kontrakt wyjątkowy, który wzbudził poważne obawy w Brukseli i samej Turcji. Zgodnie z umową Rosjanie mieli postawić obiekt według nowego modelu biznesowego zwanego BOO („build-own-operate”, czyli buduj–posiadaj–zarządzaj), czyli pod klucz, i go sfinansować.
W zamian przez 25 lat będą właścicielami, tak by zwracać sobie zainwestowane 22 mld dol. w postaci zysków ze sprzedaży prądu. Zgodnie z umową nie mniej niż 51 proc. akcji elektrowni będzie należało do firm z Rosji, a 49 proc. może zostać sprzedane inwestorom zewnętrznym. Akkuyu będzie zaspokajać 10 proc. zapotrzebowania Turcji na prąd. Władze tureckie podkreślają, że będzie to czysta, nieszkodząca środowisku produkcja. Pozwoli zrezygnować z importu m.in. części gazu z Rosji.
Taka konstrukcja umowy od początku budziła w Turcji wiele sprzeciwów. Eksperci zwracali uwagę, że może to oznaczać utratę kontroli nad cenami energii oraz nad jej produkcją. Turecka opozycja podnosiła, że w umowie została zapisana cena prądu z elektrowni: 12,35 centa za kWh. Biorąc pod uwagę, że chodzi o ćwierć wieku, jest to cena zawyżona.
Inwestycja zawisła na włosku po zestrzeleniu przez Turków jesienią 2016 roku rosyjskiego myśliwca na pograniczu z Syrią. Projekt został zawieszony, ale dosyć szybko relacje Recepa Tayyipa Erdogana z Władimirem Putinem ponownie się ociepliły i w 2018 roku budowa się rozpoczęła. Już w 2017 roku Bruksela apelowała do Ankary o rezygnację z tego projektu. Rok później Parlament Europejski zwrócił się do władz tureckich, by przeprowadziły konsultacje z rządami sąsiednich państw unijnych – Grecji i Cypru – w związku z „dalszymi działaniami w ramach projektu Akkuyu”. Apele te pozostały bez reakcji.
W planach Ankary jest budowa trzech elektrowni jądrowych. O ile Akkuyu stanie nad Morzem Śródziemnym, to dwie następne miałyby być zlokalizowane nad Morzem Czarnym. Jedna naprzeciwko Półwyspu Krymskiego.