Unia Europejska – nie bez problemów, ale jednak – zbliża się do podjęcia decyzji o nałożeniu embarga na import rosyjskiej ropy. Europa poradzi sobie bez rosyjskich surowców?

Zakaz importu ropy, a następnie być może i gazu rosyjskiego wynika z europejskich wartości. Nie będzie to jednak łatwe. Przez ostatnie dekady Europa uzależniała się od paliw z Rosji. Nie można zmienić całego systemu energetycznego w jedną noc. Zmiana łańcucha dostaw będzie wiązała się niewątpliwie z wyższymi cenami energii.

Oznacza to duże wyzwanie dla rynku ropy i gazu. To będzie ekstremalnie ciężkie. Potrzebujemy importu ropy z wielu innych kierunków, potrzebujemy również zwiększenia roli magazynowania ropy i racjonalnego wykorzystywania zapasów.

Jeśli nie podejmiemy środków zaradczych – zwłaszcza dla sektora gazu – niewykluczone, że sytuacja ta może się skończyć reglamentowaniem surowca dla dużych przedsiębiorstw, zwłaszcza w największych krajach europejskich.

A kwestia ceny?

Ta, niestety, nadal będzie bardzo wysoka. Obraz jednak może zmienić sytuacja w Chinach, jeśli tamtejsza gospodarka będzie słabła. To największy importer ropy na świecie. Spowolnienie gospodarcze, jakie może nastąpić w Kraju Środka w efekcie koronawirusa – jak ograniczenie popytu i kolejne lockdowny – może zaowocować dostępem do większej liczby ładunków ropy nierosyjskiej, które w innych okolicznościach trafiłyby za Wielki Mur. Jednocześnie może to złagodzić presję cenową.

Czy Rosja da radę przekierować dostawy ropy do Azji?

Do pewnego stopnia – tak. Nie będzie to takie łatwe ze względu na wciąż duże braki w infrastrukturze. Dlatego też utrata Europy jako rynku zbytu ropy będzie dużym ciosem wymierzonym w rosyjski sektor surowcowy. Z naszych szacunków wynika, że w drugiej połowie bieżącego roku wydobycie ropy w Rosji spadnie o ponad 3 mln baryłek dziennie. Tylko część ropy zostanie przekierowana na inne rynki, przede wszystkim w krajach azjatyckich.

Rynek frachtu czy ubezpieczeń także może być na celowniku unijnych sankcji…

Jeśli Europie nie zabraknie woli politycznej, to także transport drogą morską będzie utrudniony, ponieważ zarówno wiele największych flot tankowców, ale także wielkie firmy ubezpieczeniowe działają w jurysdykcji europejskiej.

Europa chce zwiększyć import LNG, aby zredukować swoją gazową zależność od Rosji. Europa jest atrakcyjnym rynkiem dla producentów tego paliwa?

Zdecydowanie tak. Decyduje o tym cena. Europejski rynek LNG oferuje bardzo wysokie ceny – wyższe niż Azja, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia. Europa ma także rozwiniętą infrastrukturę do odbioru i przesyłu tego paliwa.

Stary Kontynent dysponuje również rozwiniętym systemem finansowym, który ułatwia ubezpieczenie i szybkość samych transakcji finansowych.

Samo LNG wystarczy, aby pokryć „lukę” po gazie z Rosji?

Absolutnie nie. Europa potrzebuje więcej surowca z takich kierunków, jak Norwegia, Azerbejdżan czy Algieria. Europa potrzebuje także odnawialnych źródeł energii oraz wydłużenia czasu pracy elektrowni jądrowych.

Chodzi tu zwłaszcza o Niemcy i Belgię. Taką decyzję podjęła już Belgia, w Niemczech jest ona nadal przedmiotem dyskusji. Musimy także rozważyć, w jaki sposób możemy ograniczyć zapotrzebowanie na ten surowiec. Z dostępnych badań wiemy, że obniżenie temperatury w budynkach o 2 stopnie oznaczać może oszczędność 20 mld metrów sześciennych gazu rocznie. To wolumen równy importowi przez Nord Stream 1 w zimie.

Rosja pod pretekstem odmowy zapłaty za gaz w rublach przestała eksportować surowiec do Polski i Bułgarii. Czy Kreml jest nadal wiarygodnym partnerem biznesowym?

Zdecydowanie nie. Rosja straciła reputację wiarygodnego partnera. Jeszcze przed wojną w Ukrainie Rosja była podstawowym dostawcą surowców na rynku światowym: największym eksporterem ropy i gazu na świecie oraz kluczowym dostawcą węgla i uranu. Moskwa sama zdegradowała się od niższej ligi.

Co prawda Rosja zostanie znaczącym – ale już tylko jednym z wielu – dostawców. Nie będzie jednak odgrywać już takiej roli, jak przed wojną.

Wspomniał pan, że aby odejść od energetycznej zależności od Rosji, potrzebujemy wydłużenia czasu pracy elektrowni jądrowych w Europie. Dlaczego to tak konieczne?

Zdecydowanie potrzebujemy atomu, który zaspokoiłby piątą część europejskiego zapotrzebowania na prąd. To także – z perspektywy lat – bezpieczna i czysta technologia. Takie kraje, jak Francja i Wielka Brytania, będą rozwijać ten potencjał. Nowe inwestycje jądrowe planują m.in. Polska i inne kraje środkowo-wschodniej części Europy. Planowane są zarówno wielkoskalowe elektrownie, jak i małe czy mikroreaktory. Projekty są na zaawansowanym etapie i spodziewamy się, że pierwsze efekty będą widoczne już za kilka lat.

Będzie to oznaczać dalsze zwiększenie roli atomu na naszej ścieżce do zeroemisyjności.

Czy pana zdaniem Polska jest gotowa na porzucenie gazowej i naftowej zależności od Rosji?

Każdy w kraj w Europie importujący ropę i gaz musi się zmierzyć z problemami wynikającymi z porzucenia dostaw z Rosji. Im bardziej jesteśmy przygotowani, tym mniej będzie boleć.

Polska jest jednym z niewielu krajów, które są najbardziej gotowe na taką sytuację. Może nawet najlepiej na nią przygotowanym. Chodzi o decyzje inwestycyjne podjęte przed laty – jak kontrakty na dostawy LNG od różnych dostawców, rozbudowa infrastruktury przesyłowej i magazynów gazu czy terminalu LNG.

Porzucenie gazu z Rosji wydaje się większym wyzwaniem niż odcięcie się od dostaw ropy. Czy jest to osiągalne za dwa lata, jak chciałyby tego Niemcy?

Zależność od surowca wśród krajów Unii Europejskiej różni się tak bardzo, jak wielu jest członków Wspólnoty. Zależność ta sięga od 90 do kilku procent.

Dla wielu krajów może to być bardzo trudne do osiągnięcia. Niezależnie od tego widzimy plany Unii Europejskiej, która chce jeszcze w tym roku zredukować zależność od gazu z Rosji o dwie trzecie. Bruksela lada dzień zaprezentuje dokument REPowerEU, który pokaże nam ścieżkę odchodzenia od gazu z Rosji.

Wydaje się jednak, że tak szybkie odejście od rosyjskiego gazu, jak w przypadku rosyjskiej ropy, będzie ekstremalnie trudne.

Fatih Birol urodził się w Ankarze, ukończył Politechnikę Stambulską ze stopniem doktora, a potem studiował ekonomię energetyki na Uniwersytecie Technicznym w Wiedniu. Pracował sześć lat w OPEC. Od 1995 r. był głównym ekonomistą i dyrektorem Departamentu Globalnej Ekonomii Energetycznej w Międzynarodowej Agencji Energetycznej, a od 2015 r. jest jej dyrektorem wykonawczym.