Jakże spektakularny jest upadek surowca, o który toczyły się wojny i geopolityczne zmagania. W poniedziałkowy wieczór producenci czarnego złota wręcz dopłacali do odbioru ropy z USA. Przywódcy petromocarstw mogli się pocieszać, że ropa wydobywana z dna Morza Północnego traci tylko kilka procent. Ale już we wtorek na Kremlu mogła wybuchnąć prawdziwa panika, bo minusowe ceny pojawiły się na notowaniach rosyjskiej ropy. Pewna epoka dobiegła końca.
Splotły się dwa procesy i doszło do sprzęgnięcia. Koronawirus właściwie zatrzymał światową gospodarkę, nadszedł trudny do zmierzenia i wyobrażenia kryzys, a co za tym idzie, jest zdecydowanie mniejsze zapotrzebowanie na energię i surowce energetyczne. Siedząc zamknięci w domach, o wiele rzadziej korzystamy też z samochodów, transportu publicznego, a transport międzynarodowy zamarł. Rafinerie albo wstrzymują, albo znacząco redukują swoją produkcję. Nie potrzebują tyle ropy co dotychczas. A na to nakłada się wojna między potęgami naftowymi o poziom wydobycia surowca. Co prawda producenci ropy porozumieli się w sprawie owej redukcji, ale rynek właśnie zweryfikował skalę tego procesu, i to w sposób bardzo dosadny. Produkcja musi być jeszcze bardziej zredukowana, bo za chwilę będzie problem z przechowywaniem nikomu niepotrzebnej ropy. Magazyny zapełnione są pod korek, a tankowce służą dziś do przechowywania, a nie przewożenia surowca.
Minusowe ceny ropy w kontraktach na maj przełożą się na inne surowce. Za kilka miesięcy znacząco spadną ceny gazu, a potem węgla. To oczywiście problem dla petromocarstw, które zyski czerpią głównie ze sprzedaży nieprzetworzonych surowców. Jak jest górka, to szerokim gestem państwa te obsypują przywilejami socjalnymi swoich obywateli. Gdy ropa znacząco traci, zaczyna się problem. Ekonomia określa to zjawisko mianem odwróconego efektu Midasa, wówczas rządy tych państw się głowią, jak wycofać się z wcześniej poczynionych obietnic i podarunków.