Wystąpienie Scholza dotyczyło m.in. zmian w polityce energetycznej, dziś opierającej się na surowcach z Rosji. W 2020 r. była ona najważniejszym dostawcą gazu, ropy i węgla kamiennego do Niemiec (odpowiednio 55, 34 i 49 proc. dostaw).

Eksperci podkreślają, że ze względu na łatwiejszy sposób przesyłu i większą podaż na rynku prościej odejść Niemcom od węgla i ropy. Gorzej w przypadku gazu, który miał być stabilizatorem energetyki opartej na OZE.

Aby zmniejszyć gazową zależność od Rosji, kanclerz zapowiedział budowę dwóch terminali na skroplony gaz ziemny (LNG), w Brunsbüttel i Wilhelmshaven. Jednak zdaniem Michała Kędzierskiego, analityka ds. polityki energetycznej Niemiec w Ośrodku Studiów Wschodnich, ogłoszone działania nie oznaczają zupełnej rezygnacji z gazu z Rosji, lecz zmniejszenie zależności importowej. – Chodzi o krótkoterminowe działania, zwiększenie regulacji sektora gazowego w odniesieniu do magazynowania gazu, aby uniknąć sytuacji podobnej do obecnego sezonu grzewczego, kiedy kontrolowany przez Gazprom magazyn stoi niemal pusty – wyjaśnia ekspert.

W razie potrzeby Niemcy mogą importować LNG za pośrednictwem terminali w krajach sąsiednich. Długoterminowo za trzy–cztery lata dywersyfikacji mają służyć nowe terminale LNG. – Niemcy starają się raczej nie prowokować Rosji do zatrzymania dostaw, bo gospodarcze skutki tego byłyby trudne do oszacowania, choć wicekanclerz Habeck uspokaja, że tej zimy kraj jest zabezpieczony. Rosyjski gaz jest tańszy, stąd niemieckie firmy nie są skłonne do zupełnej rezygnacji z niego – dowodzi Kędzierski.

Podczas dyskusji o uzależnieniu Niemiec od rosyjskiego gazu padały argumenty, że w tej sytuacji warto byłoby zmienić decyzję o zamknięciu atomu w Niemczech do końca 2022 r. – Opcja ta jest jednak za Odrą postrzegana jako samobójstwo polityczne: na sprzeciwie wobec atomu opierają się założenia polityki energetyczno-klimatycznej Partii Zielonych, którzy w przypadku odejścia od ich postulatu mogliby nawet wyjść z uformowanej pod koniec ub. roku koalicji rządowej – tłumaczy Michał Perzyński, ekspert branżowego portalu BiznesAlert.pl.

Podobnie trudny wybór stoi też przed Polską. Do końca tego roku wygaśnie długoterminowa umowa z Gazpromem. Ma ją rekompensować gazociąg Baltic Pipe, z gazem norweskim. Jego przepustowość będzie porównywalna do ilości gazu, jaki sprowadzamy dziś z Rosji. W przypadku ropy rafineria w Płocku do jej przerobu wykorzystuje surowiec, który pochodzi mniej niż w 50 proc. z Rosji. Orlen podpisał na początku roku dodatkowe umowy na zwiększenie dostaw z Arabii Saudyjskiej jeszcze w 2022 r. W przypadku węgla rzecznik polskiego rządu Piotr Müller zapowiedział już, że Polska nie będzie kupować tego surowca z Rosji. Polska importowała z Rosji ok. 9–10 mln ton rocznie. Surowiec trafiał głównie do ciepłowni. Firmy energetyczne zapewniają, że nie służył do produkcji prądu.

Czytaj więcej

Niemcy. Szefowa AfD skrytykowała wstrzymanie certyfikacji Nord Stream 2