Polska, po latach zależności od rosyjskiego Gazpromu, jest wreszcie na dobrej drodze, by zdobyć pełną wolność w polityce gazowej. Poprzedni rząd zbudował terminal LNG w Świnoujściu, a obecna władza zdecydowała nie tylko o rozbudowie gazoportu, ale i o budowie gazociągu Baltic Pipe, dzięki któremu będziemy sprowadzać gaz z szelfu norweskiego, gdzie w coraz większej liczbie koncesji ma swój udział także spółka PGNiG.
Gaz z własnych złóż jest najtańszy. Bezpieczeństwo oczywiście kosztuje, ale na wolnym rynku to cena gazu jest kluczowa i sztuką jest nie tylko sprowadzić surowiec z nowego kierunku – nowy gaz musi być też konkurencyjny cenowo wobec surowca sprowadzanego od dotychczasowego dostawcy. Ukraina zużywa rocznie 30 mld metrów sześciennych gazu, z czego 20 mld wydobywa ze złóż własnych, a brakującą ilość surowca importuje, korzystając z rewersu wirtualnego (zakup surowca od zachodniego odbiorcy Gazpromu i odbiór tego gazu na terenie Ukrainy) oraz fizycznego (przetłoczenie z kraju sąsiedniego surowca kupionego od zachodniego odbiorcy Gazpromu). Po wstrzymaniu tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę Kijów będzie miał problem z importem przez rewersy. Zwiększenie wydobycia własnego wcale nie jest takie proste, bo nie ma zbyt wielu zagranicznych inwestorów chcących wyłożyć pieniądze na pozyskiwanie surowca w tym kraju. Tę lukę może z powodzeniem wypełnić Polska, dostarczając gaz z terminalu w Świnoujściu do punktu na granicy z Ukrainą.
CZYTAJ TAKŻE: Gazowy triumwirat kontra Rosja