Więcej troski o energetykę

Czas na decyzje, które sprawią, że za kilka lat nie zabraknie nam prądu i nie będziemy mieli jednych z wyższych kosztów energii – pisze prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Publikacja: 04.11.2013 09:49

Niedawno w Ministerstwie Gospodarki powstało „Sprawozdanie z wyników monitorowania bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej", do którego dotarli dziennikarze „Rz", a z którego wynika, że w 2017 r. w Polskim systemie energetycznym zabraknie mocy szczytowych. Mówiąc bardziej zrozumiale – latem 2017 roku będą problemy z używaniem klimatyzacji, a zimą elektrycznego ogrzewania. Ludzi zajmujących się energetyką to nie dziwi.

Właściwie już w 2009 r. powinno nas to spotkać, ale z pomocą przyszedł nam kryzys, który popyt na energię zmniejszył. Dziwi natomiast coś innego. Obecny rząd sprawuje władzę od sześciu lat. W ostatnim okresie nie doświadczyliśmy żadnej katastrofy, która by nasze moce produkcji energii zmniejszyła. Półtorej kadencji to chyba trochę długo jak na zdiagnozowanie problemu. Tym bardziej że jego rozwiązanie prawie na pewno zajmie więcej niż trzy lata. W tym przykładzie jak w soczewce skupia się zasadniczy problem, który mamy z energetyką – brak planowania strategicznego, uwzględniającego długoterminowe konsekwencje dzisiejszych decyzji i zaniechań. Dotyczy to nie tylko elektrowni konwencjonalnych, ale także odnawialnych źródeł energii czy poszukiwań gazu łupkowego.

Sporne subsydia

Polska wytwarza energię elektryczną w 90 proc. z węgla. Zwykło się przyjmować, że jest to tani sposób wytwarzania energii. Nie jest to do końca prawda, ponieważ nasza energetyka konwencjonalna (podobnie jak odnawialna) nie jest w stanie dalej funkcjonować bez subsydiowania. Widać to wyraźnie przy okazji decyzji dotyczącej inwestycji w elektrowni Opole. Modele finansowe dotyczące tej inwestycji, oparte na obecnych i prognozowanych cenach energii elektrycznej w Polsce nie są w stanie wykazać opłacalności tego projektu, tak jak nie wykazują opłacalności farm wiatrowych.

Oczywiście można założyć dynamiczny wzrost cen energii elektrycznej, ale byłoby to posunięcie bardzo „niepolityczne". Zamiast tego zastosowano inne mechanizmy wsparcia. PGE i Kompania Węglowa podpisały wieloletnią umowę na dostawy paliwa – jeżeli się oprzeć na doniesieniu do prokuratury byłego wiceprezesa KW – na warunkach bardziej korzystnych dla PGE niż KW. Zapowiedziano zaangażowanie kapitałowe i kredytowe po stronie kontrolowanych przez państwo BGK i Polskie Inwestycje Rozwojowe, które zaoferują do tego projektu swoje środki – należy założyć, że po kosztach niższych niż standardowe finansowanie komercyjne.

Jeżeli dołożymy do tego obrazka planowane przez rząd dodatkowe płatności dla tych nowych bloków z tytułu ich udziału w tzw. rynku mocy – wtedy faktycznie projekt osiągnie akceptowalną rentowność. Tylko wszystkie wskazane tu mechanizmy nie mają nic wspólnego z konkurencyjnymi warunkami rynkowymi i oznaczają de facto wsparcie ze strony państwa dla projektu Opole, czyli subsydiowanie.

Nie jest to jednak wyłącznie problem polskiego rządu. Z podobnymi problemami borykają się wszystkie państwa w Europie, gdyż europejski rynek energii nie generuje wystarczających sygnałów cenowych, aby stały się one impulsem dla inwestycji w nowe moce wytwórcze. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie – po pierwsze, liberalizacja rynku energii nastąpiła w Europie stosunkowo niedawno (w większości krajów wciąż jest niepełna), a przed liberalizacją inwestycje w moce wytwórcze były w znaczącym stopniu subsydiowane przez poszczególne rządy, więc ceny energii po liberalizacji rynku powstały przeważnie w oparciu o niepełny rachunek kosztów. Po drugie – w sektorze wytwarzania istnieje bardzo długi czas pomiędzy rozpoczęciem budowy a faktycznym rozpoczęciem produkcji z nowego źródła. Dla tradycyjnych technologii wynosi on od 3 lat (gaz) do 4–5 lat (węgiel), a nawet 6–7 lat (el. jądrowe). Jeżeli doliczyć do tego czas niezbędny na podjęcie takich decyzji inwestycyjnych i przygotowanie tych budów, to od momentu podjęcia samych decyzji do uzyskania pierwszych MWh mija od 5 do 10 lat. Powoduje to, że nie ma bezpośredniego związku pomiędzy ewentualnym wzrostem cen w obliczu braku podaży a faktycznym pojawieniem się tej podaży.

Dodatkowo sytuacja cenowa jest w pewnym zakresie zakłócona poprzez zwiększający się udział w tym rynku energii z odnawialnych źródeł energii (OZE), która jest również subsydiowana, a więc obniża ceny hurtowe energii.

Gaz łupkowy, o ile pojawi się w większych ilościach, nie zmieni przełomowo sytuacji w energetyce.

Nie ma możliwości, przynajmniej w ciągu najbliższych lat, aby doprowadzić do takiej liberalizacji rynku energii, aby oczyścić go całkowicie z wpływu subsydiów, jakie trafiają do sektora. Oznaczałoby to wzrost cen energii trudny do zaakceptowania z politycznego punktu widzenia, a i dla przemysłu trudny do skompensowania. Nie ma też sposobu na ściślejsze powiązanie sygnałów cenowych z powstawaniem nowych mocy wytwórczych, gdyż ryzyko niewłaściwej oceny dziesięcioletnich trendów na rynku energii jest zbyt duże dla prywatnych inwestorów (szczególnie przy dużej nieprzewidywalności zachowań rządów).

Warto zadać sobie pytanie – niezależnie od tego, jak obrazoburczo ono brzmi – czy faktycznie potrzebujemy całkowicie zliberalizowanego rynku energii i czy pomoże on nam w jakimś stopniu w zdobyciu globalnej przewagi konkurencyjnej, skoro wszystkie inne liczące się gospodarki świata albo poważnie subsydiują swój sektor energetyczny (Chiny, Indie, Japonia), albo mają własne zasoby energetyczne (USA, Brazylia, Rosja)? Czy nie lepiej jest stworzyć rynek regulowany, na którym to regulacje będą wymuszać pewien pułap cen dla odbiorców i zysków dla inwestorów? W zamian za takie ograniczenie odbiorcy i inwestorzy uzyskają od rządu gwarancję stabilności i przewidywalności cen energii, a pozostawienie pewnego obszaru konkurencji będzie wymuszało racjonalność zachowań wytwórców energii. Właśnie taki model funkcjonuje w Europie w sektorze telekomunikacyjnym i sektor ten funkcjonuje i rozwija się całkiem dobrze.

Ręczne sterowanie

Obecnie sytuacja wygląd jednak zgoła inaczej. Czy to w Polsce, czy w Wielkiej Brytanii wyjścia z sytuacji rząd poszukuje poprzez stworzenie specjalnych warunków ekonomicznych, na potrzeby nowych projektów inwestycyjnych, tak aby wspomniany „model ekonomiczny" pokazał wyniki uzasadniające poszczególne inwestycje. W Polsce występuje jeszcze jedno zjawisko, które nie występuje w krajach o sprywatyzowanym sektorze energetycznym. W naszych warunkach, gdzie własność sektorów górnictwa, wytwarzania, przesyłu i dystrybucji energii należy do państwa, dochodzi do ręcznego sterowania miejscem akumulacji zysków.

Na przykład – ceny w kontraktach węglowych dla elektrowni nie są przecież wynikiem rynkowej gry popytu i podaży, choć rząd robi, co może, aby stworzyć takie pozory. Te kontrakty są podpisywane po akceptacji ze strony rad nadzorczych, w których zasiadają przedstawiciele ministerstw Gospodarki i Skarbu. Tych samych resortów, które obsadzają rady nadzorcze w spółkach dystrybucyjnych czy spółkach wytwarzania. Zatem to polityka właścicielska rządu wobec sektora wytwarzania jest powodem niskich cen energii na rynku hurtowym, które tak niekorzystnie wpływają na opłacalność projektów inwestycyjnych, a nie liberalny rynek energii i zażarta konkurencja.

Niestety te działania właścicielskie nie są podporządkowane żadnemu celowi strategicznemu, lecz mają cele wyłącznie doraźne. W konsekwencji to rząd stworzył warunki, w których mamy co prawda tanią energię elektryczną, ale jednocześnie nie mamy źródeł finansowania odtworzenia zdekapitalizowanego majątku produkcyjnego.

Trzeba też pamiętać, że inwestycje w sektorze wytwarzania energii podlegają globalnym uwarunkowaniom ekonomicznym. Projekty inwestycyjne w Polsce nie mogą liczyć na specjalnie niższe koszty paliwa czy wyposażenia technologicznego, bo są to w dużej części towary podlegające globalnej koniunkturze i nawet nieco niższe koszty budowlane czy koszty lokalnie produkowanych urządzeń (tu Polska jest w stosunkowo niezłej sytuacji), które zawdzięczamy wciąż niższym kosztom pracy w Polsce, nie są w stanie istotnie zmienić wyniku obliczeń opłacalności nowych inwestycji.

Dodatkowo pojawia się problem kosztów w Polskim górnictwie, które są wysokie i będą dalej rosły, również z przyczyn obiektywnych (geologia). Jakakolwiek restrukturyzacja polskiego górnictwa, zresztą niezwykle porządna, jest w stanie tylko spowolnić to zjawisko, bo trendu odwrócić się nie da. Chyba że rząd znowu sięgnie do mechanizmów pomocy publicznej i zmniejszy np. obciążenia podatkowe w górnictwie. Nawet otwarcie Polski na globalną konkurencję w dostawach węgla, co już mam miejsce, niewiele da elektroenergetyce, bo i globalnie węgiel, jak każdy wyczerpywalny zasób naturalny, będzie drożał w perspektywie roku 2030 .

Gaz łupkowy, o ile pojawi się w większych ilościach, nie zmieni przełomowo sytuacji w energetyce. Polski gaz łupkowy będzie prawdopodobnie znacząco droższy, niż wskazują na to dzisiejsze ceny w USA, ze względu na odmienne warunki i skalę wydobycia. Czy to produkcja krajowa, czy import gazu łupkowego lub LNG na potrzeby elektroenergetyki wpłyną bardziej na rentowność sektora węgla kamiennego niż na znaczące obniżenie cen energii.

Trzeba powiedzieć to bardzo wyraźnie – w dzisiejszych realiach ekonomicznych bez ingerencji państwa w mechanizmy cenowe, projekty inwestycyjne w sektorze wytwarzania energii nie opłacają się więc się nie wydarzą. Jeżeli jednak program takich inwestycji odpowiednio przygotować, to stopniowy wzrost cen energii, służący ich sfinansowaniu, nie będzie nadmiernie odczuwalny społecznie i gospodarczo. Warunkiem tego jest jednak zintegrowanie tego programu z całą polityką gospodarczą Polski. Jeżeli polityka taka będzie zakładać wzrost PKB oparty na rozwoju branż o niskiej energochłonności i wysokim stopniu przetworzenia, innowacyjność gospodarki i zwiększanie wydajności pracy, to może zawierać również wzrost cen energii służący zwiększeniu efektywności sektora elektroenergetycznego. Jeżeli natomiast założymy program rozwoju gospodarczego opartego na dalszym wzroście udziału przemysłu energochłonnego w Polskim PKB, to faktycznie – musimy przede wszystkim znaleźć sposób na produkcję bardzo taniej energii, gdyż będziemy wtedy konkurować z takimi krajami jak Brazylia czy Rosja, które mają własną, nieporównywalnie większą i tańszą bazę energetyczną i surowcową. Co prawda obecnie trudno znaleźć jakikolwiek argument za wyborem tego drugiego scenariusza rozwoju gospodarczego Polski, niemniej deklaracje ministra gospodarki w tym zakresie brzmią bardzo niepokojąco. Hasło pana wicepremiera Piechocińskiego o zmniejszeniu kosztów energii w Europie o 20 proc. do 2020 roku stoi w jawnej sprzeczności z potrzebami inwestycyjnymi naszej energetyki i górnictwa.

Możliwe rozwiązania

Co trzeba zatem zrobić, aby zarysowane powyżej problemy rozwiązać?

Po pierwsze, potrzebujemy konkretnej wizji rozwoju gospodarczego Polski. Musimy jasno określić nasze cele gospodarcze i metody ich osiągnięcia, z uwzględnieniem globalnych wpływów i trendów. Te cele i metody dadzą nam odpowiedź na pytanie – jakiej energetyki potrzebujemy i ile ma ona kosztować.

Po drugie, trzeba zacząć traktować inwestycje w energetykę również jako element budowania konkurencyjności i innowacyjności polskiej gospodarki. Energetyka odnawialna doskonale realizuje takie cele. Jest to jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się i innowacyjnych sektorów produkcyjnych. Odpowiednie połączenie modernizacji energetyki konwencjonalnej i rozwoju energetyki odnawialnej wywoła wzrost gospodarczy, dzięki któremu zwiększone koszty energii będą społecznie i gospodarczo akceptowalne.

Po trzecie, trzeba odważniej, na wzór rządu brytyjskiego, włączyć się w unijne negocjacje na temat dozwolonego zakresu pomocy publicznej w sektorze elektroenergetycznym, aby rozwiązania i regulacje unijne uwzględniły również koszty modernizacji i stopniowej dekarbonizacji polskiej energetyki. Zamiast zwalczania polityki klimatycznej UE wykorzystajmy ją do wynegocjowania partycypacji UE w kosztach przebudowy naszego sektora energetycznego.

Decyzje te leżą w gestii rządu. Sektor energetyczny, w tym energetyka wiatrowa, pokłada olbrzymie nadzieje w trwającym właśnie procesie aktualizacji polityki energetycznej Polski i liczy na rzetelną i otwartą debatę nad jej założeniami. Należy mieć nadzieję, że tym razem pójdzie szybciej niż ze zdiagnozowaniem zagrożenia niedoborem mocy. Jeżeli nie, to za kilka lat nie tylko zabraknie nam prądu, ale i będziemy mieć jedne z wyższych kosztów energii w Europie. Jesteśmy w stanie mieć jeden z najlepszych programów przebudowy gospodarki europejskiej, być wzorem i inspiracją dla innych krajów. Już raz to osiągnęliśmy – 24 lata temu – może czas powtórzyć?

Niedawno w Ministerstwie Gospodarki powstało „Sprawozdanie z wyników monitorowania bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej", do którego dotarli dziennikarze „Rz", a z którego wynika, że w 2017 r. w Polskim systemie energetycznym zabraknie mocy szczytowych. Mówiąc bardziej zrozumiale – latem 2017 roku będą problemy z używaniem klimatyzacji, a zimą elektrycznego ogrzewania. Ludzi zajmujących się energetyką to nie dziwi.

Właściwie już w 2009 r. powinno nas to spotkać, ale z pomocą przyszedł nam kryzys, który popyt na energię zmniejszył. Dziwi natomiast coś innego. Obecny rząd sprawuje władzę od sześciu lat. W ostatnim okresie nie doświadczyliśmy żadnej katastrofy, która by nasze moce produkcji energii zmniejszyła. Półtorej kadencji to chyba trochę długo jak na zdiagnozowanie problemu. Tym bardziej że jego rozwiązanie prawie na pewno zajmie więcej niż trzy lata. W tym przykładzie jak w soczewce skupia się zasadniczy problem, który mamy z energetyką – brak planowania strategicznego, uwzględniającego długoterminowe konsekwencje dzisiejszych decyzji i zaniechań. Dotyczy to nie tylko elektrowni konwencjonalnych, ale także odnawialnych źródeł energii czy poszukiwań gazu łupkowego.

Pozostało 91% artykułu
Energetyka
Energetyka trafia w ręce PSL, zaś były prezes URE może doradzać premierowi
Energetyka
Przyszły rząd odkrywa karty w energetyce
Energetyka
Dziennikarz „Rzeczpospolitej” i „Parkietu” najlepszym dziennikarzem w branży energetycznej
Energetyka
Niemieckie domy czeka rewolucja. Rząd w Berlinie decyduje się na radykalny zakaz
Energetyka
Famur o próbie wrogiego przejęcia: Rosyjska firma skazana na straty, kazachska nie