Gminom nie podoba się projekt lokalizacji wiatraków

Stowarzyszenie Gmin Przyjaznych Energetyce Odnawialnej wysłało list do premiera, w którym sprzeciwia się wprowadzeniu przepisów narzucających nowe wymagania dla lokalizacji siłowni.

Publikacja: 20.06.2014 13:34

Farmy wiatrowe bywają uciążliwe

Farmy wiatrowe bywają uciążliwe

Foto: Fotorzepa, Piotr Wittman Piotr Wittman

Chodzi o dobrze już znane samorządowcom 3 km – taka miałaby być minimalna odległość elektrowni wiatrowych o mocy przekraczającej 500 KW od zabudowań mieszkalnych i lasów. Wymóg był, ostatnio wypadł z poselskiego projektu nowelizacji prawa budowlanego i ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, ale gminy sprzyjające zielonej energii boją się, że wróci.

W ocenie Stowarzyszenia Gmin Przyjaznych Energetyce Odnawialnej (SGPEO), które skupia 44 gminy z całego kraju, forsowanie tego zapisu jest próbą narzucenia przepisów niespotykanych na świecie. Dlatego gminy apelują do premiera o ostateczne odrzucenie propozycji ustanowienia w trybie ustawowym odległości 3 km i pozostawienie decyzji o lokalizacji siłowni wiatrowych władzom gmin.

– Propozycja wprowadzenia tego zapisu to niedorzeczność. Tym bardziej że polskie prawo jest w tej materii doskonałe. Obecnie są przeprowadzane analizy hałasu i na ich podstawie samorząd decyduje o lokalizacji siłowni wiatrowych – mówi „Rz" Leszek Kuliński, przewodniczący zarządu SGPEO, wójt gminy Kobylnica.

Jego zdaniem każda lokalizacja wiatraku ma swoją specyfikę określoną m.in. przez warunki akustyczne. Na jednym obszarze wskazana jest więc odległość większa, a na innym – mniejsza. Zdaniem wójta tworzenie nowych przepisów jest bezcelowe, skoro obowiązujące są precyzyjne.

W procedowanym w Sejmie projekcie ustawy był też inny kontrowersyjny zapis, który wypadł w toku dotychczasowych prac sejmowej podkomisji nadzwyczajnej powołanej do rozpatrzenie tego projektu, a który stanowił, że odległość 3 km od zabudowań i lasów miałaby się odnosić również do już działających wiatraków.

– Tego zapisu już nie ma, bo zapytaliśmy wprost, kto miałby zapłacić za demontaż istniejących już siłowni wiatrowych – przypomina Kuliński. – Jednak gdyby oba te przepisy weszły w życie, to z 43 działających już siłowni w mojej gminie zostałoby ledwie 10 proc. – twierdzi wójt Kobylnicy.

Gminy stowarzyszone w SGPEO obawiają się, że zapis o odległości 3 km zostanie przywrócony w trakcie dalszych prac Sejmu.

Gminom tym nie podobają się i inne zapisy. Dlatego zwracają uwagę, że projekt, nad którym pracują posłowie, wprowadza wymogi, które uniemożliwią dalszy rozwój energetyki wiatrowej, a wpływy z tej energii pozwalają już gminom na finansowanie rozwoju infrastruktury i usług komunalnych. – To znacząca pozycja w budżetach naszych gmin. W przypadku mojej to 4,2 mln zł rocznie, a po oddaniu do użytku kolejnych siłowni ma to być nawet 8–9 mln zł – wylicza Kuliński.

Dlatego SGPEO wnosi o odrzucenie kontrowersyjnego projektu ustawy.

—Artur Osiecki

Chodzi o dobrze już znane samorządowcom 3 km – taka miałaby być minimalna odległość elektrowni wiatrowych o mocy przekraczającej 500 KW od zabudowań mieszkalnych i lasów. Wymóg był, ostatnio wypadł z poselskiego projektu nowelizacji prawa budowlanego i ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, ale gminy sprzyjające zielonej energii boją się, że wróci.

W ocenie Stowarzyszenia Gmin Przyjaznych Energetyce Odnawialnej (SGPEO), które skupia 44 gminy z całego kraju, forsowanie tego zapisu jest próbą narzucenia przepisów niespotykanych na świecie. Dlatego gminy apelują do premiera o ostateczne odrzucenie propozycji ustanowienia w trybie ustawowym odległości 3 km i pozostawienie decyzji o lokalizacji siłowni wiatrowych władzom gmin.

Energetyka
Energetyka trafia w ręce PSL, zaś były prezes URE może doradzać premierowi
Energetyka
Przyszły rząd odkrywa karty w energetyce
Energetyka
Dziennikarz „Rzeczpospolitej” i „Parkietu” najlepszym dziennikarzem w branży energetycznej
Energetyka
Niemieckie domy czeka rewolucja. Rząd w Berlinie decyduje się na radykalny zakaz
Energetyka
Famur o próbie wrogiego przejęcia: Rosyjska firma skazana na straty, kazachska nie