System handlu uprawnieniami do emisji CO2 UE może pomóc gospodarce Polski

System handlu uprawnieniami do emisji CO2 może być kołem zamachowym naszej gospodarki. Ale musi ona być niskoemisyjna.

Aktualizacja: 09.06.2016 07:52 Publikacja: 08.06.2016 19:43

Politycy skupiają się na buńczucznych zapowiedziach o możliwym wystąpieniu Polski z europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 (EU ETS). Nie zauważają jednak profitów, jakie uczestnictwo w nim może przynieść gospodarce.

– Chcemy pokazać, że mechanizmy postrzeganej dotąd jako obciążenie polityki klimatycznej mogą być wykorzystane przez rząd jako narzędzie finansowania przebudowy energetyki i całej gospodarki – tłumaczy Joanna Maćkowiak-Pandera, szefowa Forum Analiz Energetycznych, które wspólnie z WiseEuropa stworzyło raport o możliwych wpływach z aukcji uprawnień.

Jak sięgnąć po pieniądze

Wynika z niego, że w kolejnej dekadzie do naszej gospodarki, w tym do sektora energetycznego, mogą popłynąć nawet 162 mld zł. To wpływy zarówno ze sprzedaży przez państwo uprawnień do emisji dwutlenku węgla, jak też środki przyznane nam w ramach funduszu modernizacyjnego oraz nadane energetyce derogacje, czyli czasowe wyłączenie spod konieczności wypełnienia pewnych obowiązków.

Pula będzie tak pokaźna pod dwoma warunkami: wysokich cen uprawnień do emisji CO2 (sięgających 20 euro za tonę w 2020 r. i 50 euro/tonę w 2030 r.) oraz przeznaczania przez państwo 100 proc. przychodów z aukcji na potrzeby modernizacji energetyki.

Jak oceniają eksperci z FAE oraz WiseEuropa, w bardzo prawdopodobnym scenariuszu centralnym ceny uprawnień wzrosną, ale nie aż tak mocno. Sięgną odpowiednio 15 euro/tonę i 35 euro/tonę w perspektywie pięciu oraz piętnastu kolejnych lat (dziś kosztują ok. 7 euro/tonę).

Wtedy z samych aukcji w latach 2021–2030 będą 73 mld zł. Ale już z uwzględnieniem dodatkowych mechanizmów wsparcia dla gospodarki niskoemisyjnej – czyli wspomnianych derogacji dla energetyki i środków na modernizację – wpływy sięgną 116 mld zł.

Ale nawet gdyby Polska zdecydowała się na plan minimalny, tj. przeznaczała tylko wymaganą przez UE połowę wpływów z aukcji na gospodarkę niskoemisyjną, to i tak w kasie byłoby 79 mld zł.

Tym bardziej że sama energetyka w kolejnej dekadzie musi wydać 242 mld zł na odbudowę mocy i sieci.

Na razie wpływy z aukcji uprawnień „rozpływają się" w budżecie, łatając dziury poszczególnych resortów. A że ceny uprawnień na razie są dziś stosunkowo niskie, więc giną w ogromie potrzeb.

Energetyka korzysta w ograniczonym stopniu, bo otrzymuje za darmo pewną pulę uprawnień do emisji CO2 z tytułu prowadzonych inwestycji. Z kolei przemysł energochłonny jest zwalniany z obciążeń wynikających z polityki klimatycznej.

Na co można wydać

Ale zmiana podejścia do tejże redystrybucji środków z ETS nie oznacza, że przychody z uprawnień mogą zasilić budżet budowanych i planowanych bloków węglowych. Tu Unia mówi jasno „nie".

Dlatego na odbudowę węglowych mocy rząd chce kierować dodatkowe środki, na razie z tzw. opłaty przejściowej podwyższanej w ramach nowelizacji ustawy o OZE, a w dalszej perspektywie nowego systemu wsparcia dla elektrowni konwencjonalnych.

– Pieniądze mogą pójść na niskoemisyjne inwestycje m.in. w transporcie, energetyce rozproszonej i ciepłownictwie. Mogą też wspierać przebudowę rynku pracy na Śląsku – mówi Maciej Bukowski z WiseEuropa.

Idąc krokiem prowadzonej dziś przez władze polityki publicznej, wskazuje trzy obszary, gdzie można lokować pieniądze. To rozwój kogeneracji, czyli źródeł produkujących jednocześnie prąd i ciepło, a także wsparcia dla termoizolacji budownictwa i planowanego programu Mieszkanie Plus (jeśli budynki będą spełniały określone standardy, tj. powinny być zeroemisyjne lub pasywne).

Dużą przestrzeń Bukowski widzi też dla wspierania elektromobilności, czyli rozwoju transportu elektrycznego. Wpisywałoby się to w ogłoszony we wtorek plan PiS. Przedstawiciele rządu określili nawet ambitne cele w tym zakresie, stwierdzając, że po naszych drogach ma za dziesięć lat jeździć milion takich aut. E-mobility ma się stać wręcz kołem zamachowym dla naszej gospodarki (patrz ramka).

Plan dla aut na prąd

Po naszych drogach w 2025 r. ma jeździć milion aut elektrycznych – twierdzi rząd. Realizacja projektu ma doprowadzić do powstania polskiego rynku autobusów elektrycznych o wartości 2,5 mld zł rocznie. Na boomie mogłyby urosnąć krajowe marki, m.in. Solaris, ale też Ursus, który ostatnio zapowiedział wejście w produkcję osobowych aut zasilanych prądem. Z jego sprzedaży z kolei energetyka miałaby 2 mld zł dodatkowych przychodów. Dlatego koncerny podpisały list intencyjny w sprawie powołania Centrum Elektromobilności. Ale sceptycy stwierdzają, że ekologicznie świadomi konsumenci będą woleli ładować auta z własnego panelu na dachu. Nie ma też dużych środków na rozwój. Preferencyjne kredyty do 150 tys. zł na auta, skutery i rowery elektryczne zapowiedział tylko WFOŚiGW ze Szczecina. Barierą dla e-mobility w Polsce jest też mała baza stacji do ładowania aut. Z informacji portalu Mytesla.com wynika, że pod koniec kwietnia w kraju było zaledwie 50 takich punktów. Znajdują się głównie w okolicach dużych miast. Rozwija je m.in RWE, ale w ubiegłym roku porozumienie w sprawie rozwijania takiej sieci podpisał też z Teslą PKN Orlen.

Politycy skupiają się na buńczucznych zapowiedziach o możliwym wystąpieniu Polski z europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 (EU ETS). Nie zauważają jednak profitów, jakie uczestnictwo w nim może przynieść gospodarce.

– Chcemy pokazać, że mechanizmy postrzeganej dotąd jako obciążenie polityki klimatycznej mogą być wykorzystane przez rząd jako narzędzie finansowania przebudowy energetyki i całej gospodarki – tłumaczy Joanna Maćkowiak-Pandera, szefowa Forum Analiz Energetycznych, które wspólnie z WiseEuropa stworzyło raport o możliwych wpływach z aukcji uprawnień.

Pozostało 89% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Energetyka
Energetyka trafia w ręce PSL, zaś były prezes URE może doradzać premierowi
Energetyka
Przyszły rząd odkrywa karty w energetyce
Energetyka
Dziennikarz „Rzeczpospolitej” i „Parkietu” najlepszym dziennikarzem w branży energetycznej
Energetyka
Niemieckie domy czeka rewolucja. Rząd w Berlinie decyduje się na radykalny zakaz
Energetyka
Famur o próbie wrogiego przejęcia: Rosyjska firma skazana na straty, kazachska nie
Energetyka
Rosyjski szantaż w Famurze. Chcą odkupić udziały warte 70 mln zł za 1 tys. euro