Czy Polska faktycznie pustynnieje?

Regiony Polski mogą stopniowo wysychać, a roślinność może zmieniać charakter na stepowy z powodu naszego położenia w centrum Europy. Jednak choć przemiany są naturalne w przyrodzie, to najczęściej zajmują setki lat, w Polsce natomiast trend mocno przyspieszył z powodu nierozsądnych działań.

Co najbardziej przyspiesza skutki zmiany klimatu?

Niszczymy retencję wody. Chodzi przede wszystkim o wycinanie drzew, w retencji liczy się każde drzewo, bo ma swoją lokalną skalę oddziaływania. Tereny zielone wpływają na mały obieg wody, pozwalają wodzie krążyć w otoczeniu drzewa. A jeśli drzewa nie ma, woda szybko spływa albo paruje do atmosfery i wróci w postaci deszczu, ale gdzie indziej i nie wiadomo kiedy.

Deweloperzy i miasta często wycinają stare drzewa przy remontach ulic czy budowach osiedli, a sadzą w ich miejsce trzyletnie patyki i uważają, że zazielenili ulicę. Czy faktycznie drzewo liczy się jako sztuka, czy duże drzewa mogą więcej?

Jedno duże drzewo liczy się za kilkadziesiąt sadzonek, więc zanim nowo nasadzone drzewka zaczną być tak skuteczne jak to jedno wycięte pod remont, minie kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Może należałoby więc odwrócić trend i najpierw sadzić drzewa, a potem ruszać z remontami. Drzewo daje usługi ekosystemowe, są prowadzone badania, jaką wartość finansową ma drzewo dla lokalnego społeczeństwa, nie ma jeszcze natomiast badań, ile kosztuje społeczeństwo wycięcie drzewa, gdy pojawia się gorsza jakość powietrza i choroby ludzi, które też kosztują.

Jak to możliwe, że w Polsce wysychają nie poszczególne jeziora, ale wręcz całe pojezierza?

Najgłośniejszą sprawą są jeziora na Pojezierzu Gnieźnieńskim. Kopalnie odkrywkowe i zmiana klimatu są w stanie zlikwidować je w ciągu kilkunastu lat. Kopalnie i odpompowywanie z nich wody sprawiły, że utworzył się lej depresyjny – przerwano podziemną granicę podziału wód i woda podziemna zamiast spływać do jezior – spływa w kierunku kopalni.

Czy to jest sytuacja odwracalna, czy już stała katastrofa ekologiczna?

Jeśli byśmy zamknęli kopalnie i zalali je wodą, poziom wody w jeziorach mógłby się podnieść w ciągu kilku lat. Jednak do tego dokłada się większe parowanie w wyniku zmiany klimatu. Ale zatrzymać tak szybkie wysychanie może tylko zamknięcie kopalni lub przerzut wody z odkrywek do jezior.

Alarmuje pan, że obszary co najmniej bardzo zagrożone suszą stanowią ponad 92 proc. powierzchni Polski. To nie brzmi najlepiej.

Chodzi o suszę hydrologiczną, czyli obniżanie się poziomu wody w rzekach czy jeziorach. Najczęściej słyszymy o niskim poziomie Wisły w Warszawie. Obniżanie poziomu wody w rzekach pogarsza jej jakość, bo rośnie stężenie wszystkich zanieczyszczeń w wodzie, a procesy samooczyszczania rzeki są mniej efektywne. To powoduje degradację systemu, zagraża też ujęciom wody, które korzystają z wód powierzchniowych, zwłaszcza w górach.

Jaka susza najbardziej zagraża?

Pierwsza powstaje susza rolnicza, gdy opadów brakuje lub jest ich za mało. Gdy wilgoć ucieka z gleby, rośliny gorzej się rozwijają, o niej słyszymy od dekady i obserwowaliśmy ją w tym roku, gdy prognozy po ciepłej zimie były niepokojące. Jednak o suszy rolniczej nie mówiliśmy już od maja, gdy zaczęło padać, a deszcze były do lipca. Gorzej, gdy pada, ale za mało i zagrożenie suszą jest trudno uchwytne, ale się rozwija.

Kiedy deszczu jest za mało?

Gdy w miesiącu powinno spaść 90 litrów na metr kwadratowy, a spadnie tylko 40 l – mamy za mało wody mimo deszczu. Susza rolnicza może powstać już po trzech miesiącach niedoborów, poziom wód powierzchniowych opada (susza hydrologiczna) po mniej więcej pół roku, a obniżanie się poziomu wód podziemnych (susza hydrogeologiczna) obserwujemy po około roku deficytu opadów.

Po większych opadach w 2017 r. w następnych latach mówiliśmy wprawdzie o suszy rolniczej, ale rzeki zaczynały wysychać dopiero około lipca, sierpnia. W tym roku rzeki miały problem już wiosną. Intensywne opady sprawiły, że poziom się podniósł, ale na chwilę, gdy przeszły fale wezbraniowe. Po dwóch tygodniach poziomy wody w górskich rzekach spadły ze stanów alarmowych powodziowych do niskich albo średnich. Niskie stany wód oznaczają już susze.

Czy zapory, projektowane teraz w programie Stop Suszy, mogą pomóc, jak twierdzą Wody Polskie?

Niewspółmierne są koszty budowy zbiornika i jego utrzymania wobec małych korzyści osiągniętych dzięki niemu. Wielkim zbiornikiem na Wiśle nie sprawimy, że rolnicy w dwóch trzecich kraju będą mieli wodę do upraw. Dlatego warto wdrożyć na dużą skalę system małych rozwiązań. Zapory to jednak tylko jedno z działań w tym programie, a ok. 80 proc. to inne potrzebne działania, o których od lat mówili eksperci. Zapory mogą lokalnie poprawiać bilans wody, ale wtedy pojawia się problem z życiem biologicznym. Ryby nie mogą migrować w górę do źródeł na tarło.

Nie lubi pan zapór wodnych?

Nie jestem zwolennikiem wielkich zapór, one są tzw. rozwiązaniem końca rury. To jak ze ściekami, gdy rozwiązujemy problem na samym końcu, a nie u źródeł, gdzie te ścieki powstają. Problemem jest to, że zmieniliśmy obieg wody. Naturalnie połowa opadu wsiąka w głąb gleby, następne 40 proc. zostaje w wierzchniej warstwie i w roślinach, a jedynie 10 proc. spływa po powierzchni. A w Polsce wycinamy drzewa, odwadniamy tereny, uszczelniamy powierzchnie – więc ok 50 proc. opadu spływa szybko po powierzchni i wtedy łatwo powstaje zagrożenie powodziowe, po którym przychodzi susza – bo nie zatrzymaliśmy wody i szybko buduje się jej niedobór. Ludzie budują tam, gdzie nie powinni, modelowym przykładem jest Wrocław podczas powodzi w 1997 r.

Jakie małe rozwiązania uważa pan za wskazane?

Kluczowa jest poprawa retencji na wsi i w miastach. Retencję wody na obszarach rolniczych łatwo poprawić przez odbudowę systemów zastawek na wodach melioracyjnych. Przez lata były one tworzone do odwadniania, ale te rowy mają obie funkcje, odwadniającą i nawadniającą. Nawet za pomocą tamy z desek można podpiętrzać wodę i przetrzymywać ją na czas suszy. To prosty i tani mechanizm, można go wdrożyć w skali całego kraju, zastawki można zbudować nawet chałupniczo. A w miastach – należy rozlewać wodę na tereny zielone, zamiast odprowadzać je do kanalizacji. Świetnym rozwiązaniem są ogrody deszczowe, to dół z roślinnością, która znosi okresowe zalewanie. To są trywialne rozwiązania, często niedoceniane, ale bardzo skuteczne, jeśli wdrożone na szeroką skalę. Także ogrody na dachach (tzw. zielone dachy) pozwalają na mocne odciążenie miejskiej kanalizacji.

—rozmawiała Aleksandra Ptak-Iglewska

Dr Sebastian Szklarek, adiunkt w Europejskim Regionalnym Centrum Ekohydrologii PAN