Artykuł jest częścią raportu „Polska Energia 2026” poświęconego transformacji energetycznej polskiej gospodarki i branży energetycznej, który redakcja "Rzeczpospolitej" przygotowała z okazji Energy Days w Katowicach.
Świat czeka ciężka zima, a sytuacja na rynku gazu w Europie pogorszy się jeszcze w styczniu 2027 r., kiedy import rosyjskiego gazu przez kraje, które nałożyły sankcje na Rosję, zostanie całkowicie wstrzymany.
To jest oczywiście czarny, ale bardzo realistyczny scenariusz. Zakłada on, że do końca roku nie dojdzie do porozumienia Moskwy z Kijowem, a wojna Stanów Zjednoczonych z Iranem, która miała być „prostą chirurgiczną operacją”, przeciągnie się na kolejne miesiące. Kolejnym utrudnieniem w wywozie ropy z krajów Zatoki Perskiej jest ponowne ożywienie rebeliantów Huti, którzy z coraz większym powodzeniem blokują cieśninę Bab al-Mandab.
Zmiana postawy, OZE nadzieją wielu
Nadzieją pozostaną jedynie nieustannie zwiększające się dostawy energii ze źródeł odnawialnych. Tyle że o ile na razie z coraz większym powodzeniem zastępują węgiel, o tyle wyparcie z rynku pozostałych paliw kopalnych potrwa znacznie dłużej. Jak na razie globalny udział pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych i atomu waha się w granicach 18–19 proc. W przypadku Polski w lipcu 2026 było to 41,6 proc.
Podjęta na początku września decyzja OPEC Plus o pozostawieniu limitów wydobycia ropy na niezmienionym poziomie była dla rynku wielkim zaskoczeniem. Od kwietnia 2026 kartel na swoich ministerialnych konsultacjach podnosił limity, starając się nie pozwolić, aby ropa zdrożała tak, by ceny zaczęły ograniczać popyt. Wiadomo, że w OPEC Plus kategorycznie sprzeciwiły się Rosja, Arabia Saudyjska, Irak, Kuwejt, Kazachstan, Algieria i Oman. Kolejna konferencja ministerialna, podczas której mogą zostać zmienione limity wydobycia, zaplanowana została na listopad.
Tyle że decyzje OPEC dotyczyły dotychczas niewielkiego zwiększenia wydobycia i raczej były sygnałem, że kraje kartelu nie chcą drastycznego wzrostu cen i to mimo toczącej się wojny z Iranem. Dzisiaj ceny ropy oscylują wokół 95 dol. za baryłkę Brent i wykazują tendencję wzrostową. Zapewne takie pozostaną, ponieważ wymiana ognia między Amerykanami i Irańczykami nie słabnie.
Ale może się zdarzyć, że wpływ kartelu na globalny rynek ropy znacząco osłabnie, zwłaszcza w sytuacji, kiedy Amerykanie na poważnie zainteresowali się wydobyciem tego surowca w Wenezueli. Podpisali już umowę z prywatną wenezuelską firmą wydobywczą oraz władzami tego kraju o „zapewnieniu sobie kontroli nad złożami zawierającymi 65 mld baryłek”. To ok. jednej piątej wenezuelskich rezerw.
Na rynku natychmiast pojawiły się pogłoski, że Wenezuela przymierza się do opuszczenia OPEC. Zresztą i tak była z tego członkostwa bardzo niezadowolona. Chodziło zwłaszcza o wyznaczanie jej limitów, których nie udawało się jej osiągnąć.
Wielka niewiadoma
Wenezuela, która posiada w tej chwili największe złoża ropy naftowej, jest jednym z członków-założycieli kartelu, który powstał w 1960 r., ale lata sankcji i zamętu gospodarczego znacząco zmniejszyły wydobycie, które w tej chwili wynosi ok. 1,12 mln baryłek dziennie. Ten kraj został wyłączony z systemu limitów obowiązujących w OPEC. Mają one powrócić w chwili, kiedy wydobycie się powiększy. A to niekoniecznie podoba się w Caracas i Waszyngtonie.
Homayoun Falakshahi, starszy ekonomista w Kpler, firmie badawczej rynku energetycznego, w rozmowie z „New York Timesem” zauważył, że wyjście Wenezueli z OPEC jest „bardzo prawdopodobne”. Mało realne natomiast jest szybkie zwiększenie wydobycia z powodu wielkich opóźnień w inwestycjach w sektorze naftowym. I nawet przy wsparciu Amerykanów powrót do pozycji naftowej potęgi potrwa nie miesiące, ale lata. Więc opuszczenie przez ten kraj kartelu byłoby czysto symboliczne.
Świat nie chce drogiej ropy
Według Międzynarodowej Agencji Energii (MAE) światowy popyt na ropę w tym roku zmniejszy się o 1,6 mln baryłek dziennie. Główne powody to praktyczne wyłączenie z transportu cieśniny Ormuz, co wpływa na rosnące ceny, które mocno uderzają w zapotrzebowanie na ten surowiec. Według analityków MAE tempo spadku popytu jednak wyhamowuje i wcale nie jest wykluczone, że pod koniec tego roku zapotrzebowanie na ropę znów zacznie rosnąć. Na rok 2027 MAE zakłada wzrost popytu o 2,4 mln baryłek dziennie do 110,6 mln baryłek.
Po poziomie zapasów widać dokładnie, że kraje importujące ropę robią wszystko, co jest tylko możliwe, aby nie doszło do kolejnego kryzysu i zgodnie z tym gospodarują zapasami. Tylko w lipcu ceny ropy wymknęły się spod kontroli, a dostawy zmniejszały się o 69 mln baryłek dziennie, bo mniejsze były dostawy nie tylko wysyłane z Bliskiego Wschodu, ale i z regionu Morza Kaspijskiego oraz ze złóż offshore.
Na rynku gazu jest jeszcze trudniej
O ile sytuacja na rynku ropy naftowej jest trudna, a poszczególni importerzy mają jeszcze pole manewru, o tyle rynek gazu jest znacznie bardziej skomplikowany. Zima 2026/2027 zwłaszcza w krajach europejskich może okazać się potężnym wyzwaniem. Do krajów zagrożonych gazowym kryzysem należy np. Holandia, która rok temu o tej porze była w stanie zapełnić swoje magazyny w 83 proc. W tym roku jest to jedynie 47 proc.
Dla porównania w znacznie lepszej sytuacji jest Polska. Jak podał Gas Storage, nasze magazyny tego surowca są praktycznie pełne (93,9 proc.). Średnio europejskie magazyny w końcu sierpnia 2026 były zapełnione w 59 proc., czyli było w nich najmniej gazu (procentowo) od końca lata 2009 r. A to z kolei oznacza, że nasz kontynent jest narażony na potężne ryzyko w przypadku, gdyby jeszcze gdziekolwiek dostawy zostały przerwane.
Powtórka sytuacji po wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej
Gaz jest jednak bardzo drogi i świat przeżywa powtórkę z sytuacji z 2022 r., kiedy Rosjanie zaatakowali Ukrainę. Teraz drastyczną podwyżkę cen gazu wywołała wojna między USA a Iranem, która praktycznie uniemożliwiła dostawy z Kataru. Gazu jest mniej, więc zgodnie z prawem rynku – drożeje. Ta zwyżka cen jest szczególnie bolesna teraz, kiedy półkula północna szykuje się do zimy. Tak jak to jest w przypadku ropy naftowej, tak i w przypadku gazu jest on transportowany przez cieśninę Ormuz. Tamtędy przepływało przed wojną z Iranem 20 proc. światowych dostaw tego surowca. Dzisiaj tą drogą przepływa o 77 proc. gazu mniej, zaś ograniczenia wprowadzone przez Huti powodują, że ilość gazu wydobywanego w regionie Zatoki Perskiej jest ograniczona jeszcze o dalsze 8 proc.
Ta sytuacja powoduje zaś, że na światowym rynku gazu trwa zażarta walka o każdy dostępny ładunek, co naturalnie stymuluje wzrost cen. A handlujący gazem nie mają jakiejkolwiek motywacji, aby to paliwo magazynować.
Tymczasem już w poprzedni sezon zimowy (2025/2026) Europa wchodziła z niskimi zapasami i zostały one mocno uszczuplone w ciągu bezwietrznej zimy, która spowodowała, że dostawy energii ze źródeł odnawialnych były niższe od oczekiwanych i trzeba było je uzupełniać właśnie gazem. Pojawiły się wtedy także pogłoski, że Niemcy uruchomią subsydia do magazynowania gazu, ale nic takiego się nie wydarzyło, poza nerwowymi ruchami cen. A to z kolei pogłębiło niechęć do uzupełnienia zapasów.
W tym roku wojna na Bliskim Wschodzie praktycznie doprowadziła do ustania eksportu z Kataru, który jest szóstym największym producentem gazu na świecie i drugim eksporterem gazu skroplonego. W tej sytuacji dilerzy z rynku gazowego ograniczyli transakcje europejskie i skierowali dostawy do Azji. A uaktywnienie się prądu El Nino, kolejne fale upałów, jakich doświadczyliśmy na Starym Kontynencie, spowodowały wzrost popytu na energię, która tym razem była niezbędna do schładzania pomieszczeń.
Dlaczego niektóre kraje nie zapełniają gazem magazynów
Reakcja na te wydarzenia była różna w poszczególnych krajach. Włochy, które są największym odbiorcą katarskiego gazu LNG w Europie, podobnie jak Polska czy Francja postawiły na zapełnienie magazynów, natomiast Niemcy wzięły na przeczekanie. Podobna sytuacja jest w Holandii i wszystko wskazuje, że krajom, które liczą, że wojna w zatoce jednak się zakończy i gaz stanieje.
Wsparciem dla ich nadziei jest fakt, że na początku września Katarczycy zaczęli ściągać do swoich wybrzeży puste gazowce, jakby wierzyli, że będą je w stanie napełnić i wysłać w świat. Natomiast MAE wskazuje, że obecna sytuacja pozwoliła światu uniknąć nadpodaży gazu, a w każdym razie oddaliła takie zagrożenie.
Natomiast to, jak dużo Europejczycy będą musieli zapłacić za gaz tej zimy, zależy od największych konsumentów tego nośnika energii, zwłaszcza Chin, o ile Japończycy zdołają zwiększyć produkcję w elektrowniach jądrowych oraz od pogody w Azji. Na razie Europa polega głównie na dostawach gazu z USA, Norwegii i Algierii. Tyle że nie wystarczą one do całkowitego pokrycia zapotrzebowania, które wraz ze zbliżającym się okresem chłodów zacznie gwałtownie rosnąć.
Wsparcie dostawców energii odnawialnej?
Czy braki w dostawach innych źródeł energii są w stanie uzupełnić OZE? Średnia globalna udziału odnawialnych źródeł to według MAE 49 proc., dla Unii Europejskiej wynosi dzisiaj ok. 30 proc. Liderami wykorzystania energii z wiatru, słońca i wody są w Europie kraje nordyckie, w ogonie znalazły się Irlandia i Malta, kraje, gdzie akurat wiatru nie brakuje.
Na razie wyraźnie widać, że OZE wypierają węgiel, a w przypadku energii elektrycznej dzisiaj ponad 33 proc. pochodzi właśnie z OZE.
Wartość światowej produkcji energii odnawialnej na wynieść w 2026 według MAE 1,14 bln dol., a w 2034 sięgnąć 1,84 bln. Na tym rynku w inwestycjach dominują dzisiaj kraje Azji i Pacyfiku ze średnim udziałem OZE w miksie energetycznym na poziomie prawie 72 proc. A ten wzrost jest generowany dzięki ogromnym inwestycjom i innowacjom technologicznym oraz polityce dekarbonizacji. Na świecie OZE są już więc postrzegane nie jako wyłącznie służące ochronie środowiska, ale jako „dojrzałe” źródło energii.