Gdy napięcie na Bliskim Wschodzie rośnie, światowa gospodarka przypomina sobie o jednym z najbardziej strategicznych wąskich gardeł globalnej energetyki. Obecna sytuacja pokazuje, że odnawialne źródła energii to nie tylko element polityki klimatycznej, ale także sposób na ograniczenie zależności od globalnych kryzysów paliwowych.
Konflikt zbrojny w Iranie ponownie skierował uwagę świata na niewielki fragment mapy pomiędzy Zatoką Perską a Zatoką Omańską. Cieśnina Ormuz to jeden z najważniejszych punktów globalnego handlu energią. Każdego dnia przepływa przez nią około 20 mln baryłek ropy naftowej, czyli blisko jedna piąta światowej konsumpcji. Tą samą drogą transportowana jest również znaczna część globalnego wolumenu skroplonego gazu ziemnego (LNG).
Czytaj więcej
Aby zahamować wzrost cen ropy na światowych rynkach Donald Trump rozważa m.in. złagodzenie sankcji dotyczących rosyjskiej ropy - informuje Reuters,...
Kryzys w Cieśninie Ormuz i globalny szok energetyczny
To w praktyce jedyna morska droga wyjścia dla eksporterów energii z Zatoki Perskiej – od Arabii Saudyjskiej po Katar. Gdy napięcia militarne rosną, reakcja rynku jest natychmiastowa: armatorzy ograniczają ruch statków, firmy ubezpieczające transport podnoszą stawki lub odmawiają ubezpieczenia, co skutkuje całkowitą rezygnacją z rejsów przez region objęty ryzykiem.
Choć istnieją alternatywy dla transportu ropy, ich przepustowość jest znacząco mniejsza niż ilość surowca przepływającego przez Ormuz. Arabia Saudyjska może przesyłać część ropy rurociągiem na wybrzeże Morza Czerwonego, a Zjednoczone Emiraty Arabskie posiadają rurociąg omijający cieśninę do portu Fudżajra. Dla transportu gazu w zasadzie nie ma alternatywnej drogi, przez co jest on jeszcze bardziej narażony na zakłócenia. W praktyce oznacza to, że jeśli cieśnina przestaje działać, światowy rynek energii natychmiast to odczuwa.
Czytaj więcej
Irańskie łodzie wypełnione ładunkami wybuchowymi zaatakowały dwa tankowce na irackich wodach terytorialnych, wywołując pożar na ich pokładach. W at...
OZE nie zatrzymają skoków cen energii, ale pomogą w uniezależnieniu od importu
W Europie debata o transformacji energetycznej uległa w ostatnich latach wyraźnej zmianie. Jeszcze niedawno głównym argumentem za rozwojem odnawialnych źródeł energii (OZE) była polityka klimatyczna i redukcja emisji. Dziś ustępuje ona miejsca obawom o konkurencyjność gospodarki. Rosnące ceny energii stały się jednym z największych wyzwań dla przemysłu. W tej atmosferze część polityków zaczęła podważać tempo transformacji, a wsparcie dla OZE przestało być postrzegane jako oczywisty priorytet.
W tej dyskusji łatwo jednak zgubić trzeci, fundamentalny argument: bezpieczeństwo energetyczne. Każda megawatogodzina energii wyprodukowana z wiatru lub słońca oznacza mniejsze zapotrzebowanie na import gazu. To prosta zależność, której znaczenie staje się krytyczne w momentach globalnych kryzysów. Rozwój OZE nie eliminuje tej zależności całkowicie, ale pozwala ją wyraźnie ograniczyć. W 2025 r. w Polsce wyprodukowano rekordowe 49 TWh energii elektrycznej z OZE, co stanowiło ok. 29 proc. całej wygenerowanej energii elektrycznej w kraju. Do wytworzenia tej ilości prądu z gazu w nowoczesnych elektrowniach typu CCGT (układ gazowo-parowy) Polska potrzebowałaby dodatkowo ok. 8 mld m sześc. gazu, co zwiększyłoby krajowe zużycie o prawie 40 proc. Zakładając dostawy drogą morską, ilość gazu wymagałaby aż 80 dodatkowych dostaw statkami LNG, co w ubiegłym roku oznaczałoby niemal podwojenie liczby transportów przyjmowanych w naszym terminalu w Świnoujściu.
Polska stoi dziś przed punktem zwrotnym, który może zadecydować o tempie dalszego rozwoju odnawialnej energii w kraju
Warto przy tym wyjaśnić kwestię często upraszczaną w debacie publicznej. Rozwój OZE nie gwarantuje niskich cen energii w szczycie kryzysu gazowego, co widać na przykładzie krajów bardziej zaawansowanych w transformacji energetycznej. Mimo dużego udziału źródeł odnawialnych w miksie energetycznym, ceny prądu kontraktów terminowych na następny rok w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Danii wzrosły o około +20 proc. od początku wojny z Iranem, co pokazują nam dane rynkowe największej giełdy prądu w Europie EEX.
Wynika to z faktu, że europejski rynek energii elektrycznej opiera się na mechanizmie ceny krańcowej. Oznacza to, że cena energii jest wyznaczana przez najdroższą elektrownię potrzebną do pokrycia zapotrzebowania w danej chwili – zazwyczaj jest to jednostka gazowa, jeśli nie ma wystarczającej generacji z OZE. Gdy ceny gazu rosną, rośnie również cena energii elektrycznej dla całego rynku. OZE zmieniają jednak skalę problemu: dzięki nim ogólne zużycie gazu w kraju maleje, a krajowe zapasy surowca wystarczają na dłużej, zwiększając odporność systemu. Można również podkreślić, że pieniądze wydane na energię elektryczną w większym stopniu trafiają do krajowych producentów, a nie do zagranicznych dostawców paliw kopalnych.
Moment decyzji o przyszłości OZE w Polsce
Polska stoi dziś przed punktem zwrotnym, który może zadecydować o tempie dalszego rozwoju odnawialnej energii w kraju. Dotychczasowy system wsparcia opiera się na aukcjach kontraktów różnicowych (CfD). Mechanizm ten zapewnia inwestorom stabilność przychodów w pierwszych latach działalności, co jest kluczowe dla podejmowania decyzji inwestycyjnych i pozyskania finansowania.
Jednak obecne regulacje przewidują koniec systemu aukcyjnego w tej formie, który wygaśnie w 2027 r. W tej chwili nie wiadomo, co miałoby go zastąpić. Dla sektora oznacza to rosnącą niepewność regulacyjną, a w branży energetycznej – gdzie projekty planuje się lata naprzód – niepewność jest równoznaczna z wstrzymaniem nowych inwestycji.
Kryzysy energetyczne nie znikną
Historia ostatnich lat pokazuje, że kryzysy energetyczne nie są wyjątkami, lecz stałym elementem globalnej rzeczywistości. Wojna w Ukrainie, napięcia na Bliskim Wschodzie czy zakłócenia w handlu morskim bezpośrednio przekładają się na koszty życia i prowadzenia biznesu. Dlatego pytanie o rozwój OZE powinno być w narracji społecznej ściśle powiązane z odpornością państwa. Energia z wiatru i słońca ma jedną unikalną cechę, której nie posiadają paliwa kopalne: nie musi do nas dopłynąć z drugiego końca świata.